TYTUŁOWA LAMBERTA PROWANSALCZYKA SUPLEMENT II WSTECZ





LAMBERTA PROWANSALCZYKA

SUPLEMENT

DO KRONIKI POLSKIEJ



Księga I

Znając dobrze dzieło Twoje ja, mało zdatny w sztuce dyktowania, pełen wszakże wdzięczności i podziwu dla ciebie, podjąłem bracie Piotrze, tę pracę, zapewne trudną dla mnie i zbyt śmiałą. Który dawniej ćwiczyłem się tylko w zuchwalstwie, zacząłem pod Twoim kierunkiem i na podstawie Twego dobrodziejstwa postępować w dobru i w chrześcijańskich cnotach. Stało się to dla mnie drogą ocalenia i dziś śmiało mogę powiedzieć, że Tobie zawdzięczam obecne moje życie. Dlatego też składam w dani każdą chwilę dziękując Bogu, że takiego mi zesłał przewodnika i anioła. Bowiem Ty chodziłeś zawsze w roztropności i przezorności, jak ja w występku i gwałtownych czynach. Teraz jednak wszystko to, co mnie dotyczy zmieniło się za sprawą Boga Wszechmogącego, za przyczyną świętego patrona, czcigodnego ojca Benedykta i dzięki Twej nieznużonej opiece.
        Gdyśmy znaleźli się w tym kraju północnym, lesistym i zimnym, który tak zwięźle opisałeś piórem godnym Juliusza Cezara, tym bardziej jawną się stała Twoja wspaniałomyślność, żeś sam wybrał taki los z czystej przychylności dla mnie. Mogłeś wszak spokojnie pozostać w słonecznej naszej Prowansji, gdzie Rodan wpada do błękitnego i ciepłego morza, a jeśli już wybrałeś dolę tułacza, czyż nie lepiej ułożyłyby się Twoje sprawy, gdybyś był zatrzymał się w owym klasztorze o ścianach ciepłych i suchych, w kraju południowym, pod niebem bardziej błękitnym niż to, które tu ziemię okrywa. Tam, przybywszy z czcigodnym Ojcem Odilonem, ciesząc się poważaniem i wszelką przychylnością postanowiłeś jednak nie zwlekając opuścić ów kraj i klasztor ze względu na mnie, którego strzegłeś niby syna.
        Jak tedy Ty przeznaczasz swoje znakomite dzieło pisane staranną łaciną, pełne erudycji i umiaru ludziom dostojnym i świetnym, wyniesionym w królestwie tym do najwyższych dostojeństw, komesom przezacnym i biskupom, a nawet zwracasz się do samego księcia panującego tu miłościwie z woli Boga, tak ja nie urażę być może Twojej zacności i wielkiego ducha, gdy ułomną swą pracę, szorstką i pozbawioną wdzięku, poświęcę przecież Tobie, jako jedyny dar, który mogę ofiarować w ubóstwie swoim. Wybacz, że ośmielę się poświęcić ci ten tekst pomimo licznych usterek, braku polotu i właściwego ułożenia.
        Wiesz przecież, żem był zawsze do innych dzieł bardziej sposobny, czegom jawne dał dowody, wyłoiwszy skórę owym nicponiom, którzy przypuścili, że Twoja cichość otwiera pole zuchwalstwu. Jakże się zwiedli i chociaż zapłaciłem za mój uczynek dobrą zapłatę, a nawet pomimo Twej nagany nie żałuję, żem odłożywszy pióro dobrze wyobracał tych trzech osiłków bezczelnych i pustogłowych, mniemających wszakże, że znają się na rzeczy i mogą pokpiwać z Twoich podziwu godnych uzdolnień. Chociaż wówczas, za szczególną łaską Bożą, mogłem okazać więcej sprawności i krzepy sam jeden niż oni trzej razem wzięci, muszę wyznać, że drżę, gdy przychodzi mi popisać się zaletami ducha i przedstawić utwory mego umysłu, w którym nie pokładam żadnej ufności, a owszem mam go za lichy i pospolity.
        Muszę i to nadmienić, że boleję nad wszystkimi dolegliwościami, jakich doznajesz od zazdrośników i oszczerców, ludzi małodusznych, którzy radzi by zgasić wszelką światłość i ukryć ją zawistnie. Podziwiam też Twoją cierpliwość w znoszeniu utrapień, gdy znikąd nie masz zachęty i należnej nagrody pomimo czynionych nadziei. Jakże łatwo wielkim tego świata dawać obietnice i zwodzić językiem dwoistym, jak łatwo oszukać ludzi wędrownych i bezdomnych jak Ty, który we wszystkim naśladujesz Pana naszego i Zbawcę, skoro bez żadnej przesady możesz rzec o sobie, że nie masz gdziebyś głowę skłonił. Za nagrodę wszelako swej gorliwości i prostoty serca otrzymujesz uszczypliwe słowa, złe sądy, kłamliwe oskarżenia. Na próżno jednak wynoszą się przewrotni i podstępni nieprzyjaciele, na darmo gotują zasadzki. Sprawiedliwy wyjdzie cało z wszelkiego niebezpieczeństwa, gdyż Pan go wybawi.
        Mniemam jednak wsłuchując się w bieg Twojego dzieła, iż trzeba było, z uwagi na pewne znane okoliczności, abyś zaniechał niektórych wątków i spraw niektórych według rady pana kanclerzowej, naszego czcigodnego i znamienitego protektora i opiekuna Michała, o których to rzeczach nikt, kto życzy sobie dobrego zdrowia i pomyślności, nie traktowałby inaczej niż Ty. Uczyniłeś zaiste zaszczyt swej profesji dając sąd roztropny i pełen umiarkowania, mając wzgląd na wielkość i dostojeństwo przezacnego księcia, któremu poświęciłeś swe dzieło i wielu znakomitych mężów tego kraju.
        Ja atoli, który nie jestem związany żadnym względem, czemuż miałbym odstąpić od napisania wszystkiego, co mi jest wiadome. Zaś dzięki Twej przychylności, a także moim staraniom, jako że Bóg mający upodobanie w prawdzie nie odmówił mi Swej łaski, stałem się powiernikiem zwierzeń, z powodu których winienem wołać na podobieństwo apostołowe: biada mi gdybym tego nie głosił.
        Z należną zatem czcią i braterską miłością, oddając sprawiedliwość Twej cnocie, bowiem piszesz swe dzieło pełen dobrej wiary i zaufania, choćby nawet człek niekoniecznie był ich godzien, jak i ci łajdacy, których występki równie dobrze znasz jak ja, nie bez rozterki w sercu muszę ninie powtórzyć za Świętym Apostołem Pana i Zbawiciela naszego: Boga raczej niż ludzi słuchać należy.



Oto początek suplementu czyli uzupełnienia.

Jak opowiadają niektórzy, a świadectwu ich ani nie trzeba przesadnie wierzyć, ani od razu odrzucać, gdy książę Kazimierz syn Mieszka odzyskał tron po wielu latach wygnania, zdarzyło się, że w czasie bitwy pewien ubogi wojownik ujrzał znamienitego rycerza, który osaczony przez wielu nieprzyjaciół rozdawał ciosy na wszystkie strony nie mogąc się wszelako uwolnić. Wówczas skoczył mu na pomoc w środek walczącej i napastliwej czerni, wołając do owego rycerza:
        - Oprzyjmy się nawzajem plecami!
I walczyli razem oparłszy się jeden na drugim, odwróceni twarzami od siebie ku zgrai nieprzyjaciół, którzy nie mogli ich żadnym sposobem dosięgnąć, bowiem bardzo potężnie ich siekli ostrzami swych mieczy. Jak to się zdarza szermierzom zaprawionym w niebezpieczeństwach dla dodania sobie ducha, a odebrania go przeciwnikom, zaczęli żartobliwą rozmowę udając wobec wrogów, że rozprawiają się z nimi jakby od niechcenia. Zapytał tedy ów możny rycerz z udaną wesołością:
        - Z jakich stron jesteś kumie, bo nie widzę dobrze twej twarzy?
Tamten odrzekł:
        - Ja jestem z nad Raby, ty zaś rąbiesz jakbyś był znad Wisły.
Usłyszał odpowiedź:
        - Sprawiedliwie mówisz.
        Zatem tak rzekł:
        - Skoro nazwałeś mnie kumem, jak tylko uwiniemy się z tymi tu, zaproszę cię na chrzciny.
        - A to i ja ciebie - powiedział na to ów możny rycerz.
        Ledwie dokończyli tych słów rozległy się dźwięki rogu i okrzyki odsieczy. Z lasu wyskoczyli konni rycerze świetnie uzbrojeni i odziani. Wywiązała się krótka walka, lecz zgoła odmienne były jej losy. Ci, którzy przedtem mieli przewagę, teraz znaleźli się w ostatecznej opresji. Mniej liczni, gorzej uzbrojeni i piesi nie zdołali sprostać konnym, którzy natarli na nich, z wielką gwałtownością i wnet ich rozproszyli. Zaraz walka zmieniła się w łowy i wyginęli tam wtedy wszyscy owi napastnicy. Wygubiwszy nieprzyjaciół wrócili, pozsiadali z koni, a jeden z jeźdźców o włosach przyprószonych już siwizną skłonił się przed rycerzem, tak niezwykle ocalonym i zawołał:
        - Bogu Wszechmogącemu niech będą dzięki, że ocalałeś Książę Panie z tego niebezpieczeństwa!
Pozostali uderzyli mieczami w tarcze i wznieśli okrzyk:
        - Żyj książę Kazimierzu!
        Ów odważny wojownik, który tak dzielnie pospieszył z pomocą, patrzył na to z wielkim zdumieniem, a gdy Książę odwrócił się ku niemu zbroczony krwią swoją i nieprzyjaciół, on przypadł mu do nóg i rzekł:
        - Wybacz Panie, że cię nie poznałem. Nie miej mi tego za złe.
Książę Kazimierz podniósł go i rzekł łaskawie, mając z tego niejaką zabawę:
        - Jakże się tak poniżasz kumotrze. Poznać mnie nie mogłeś, bo wszak byliśmy zwróceni do siebie plecami.
Lecz ów zacny, a dzielny człowiek powtórzył, schylając się znowu w ukłonie:
        - Nie gniewaj się, Panie na moje zuchwalstwo.
        - Zuchwalstwo? - wspaniałomyślnie zdziwił się Książę - czyż można oddać większą przysługę, jak ratując życie? Jesteś moim bratem tak, jak nim byłeś, gdy nieprzyjaciele niczym wilki na mnie nastawali, a ty z życzliwości i współczucia wziąłeś udział w nieszczęsnym położeniu, w jakim się znalazłem. Zginąłbyś tam wraz ze mną niechybnie, gdyby nie przyszła nam odsiecz. Zaprawdę ofiarowałeś za mnie życie swoje. Nie mów o zuchwałości względem mnie i nie schylaj się do moich nóg, bo zaprawdę jestem teraz twoim dłużnikiem.
        To powiedziawszy objął go ramieniem i podniósłszy powiedział:
        - Chodź bracie kumie. Obejdziemy teraz pole bitwy.
I poszli dalej razem otoczeni gromadą dostojnych panów i rycerzy.
        Czy tak się rzecz miała, czy inaczej trudno to przesądzić z całą pewnością, wszelako to jest dobrze wiadome, iż mąż ów należał później do przybocznych księcia Kazimierza i znana była dość powszechnie szczególna łaska księcia ku niemu. I nie tylko jemu jednemu okazywał książę przychylność spośród ludzi, którzy nie wywodzili się ze znakomitych rodów. Były to bowiem czasy niespokojne, gdy nader często zdarzały się okazje, aby wyświadczyć ważną przysługę, stąd słusznie dopatrywano się jakiegoś nadzwyczajnego dzieła poświęcenia, skoro tak nadzwyczajne były też względy tak jemu samemu, jak i jego świadczone potomstwu. O tym jeszcze trzeba będzie więcej powiedzieć, lecz w innym miejscu, bardziej ku temu odpowiednim.
        Tu zaś skoro rozpoczęliśmy tę opowieść, podajmy i jej ciąg dalszy tak, jak niektórzy ją głoszą.
        Nie minęło wiele czasu, aby wypełniły się słowa księcia i owego ubogiego wojownika, wyrzeczone na polu bitwy. Obu narodzili się synowie w tym samym czasie. Syn książęcy przyszedł na świat wśród powszechnej radości i okrzyków, jakie wznosiły się w całym kraju z tej przyczyny. Urodził się bowiem oczekiwany następca tronu.
        Potem dokonana została radosna uroczystość chrzcin książęcego syna w katedrze na wzgórzu Wawelu. W samym środku nawy, pod kamiennym sklepieniem, stanął obok księcia Kazimierza ów prosty rycerz, a na jego rękach spoczęło dziecię książęce, księcia syn pierworodny. Zbliżył się biskup krakowski w całej wspaniałości swoich świętych szat i przechylając naczynie złote, aby woda spłynęła jasnymi kroplami na skronie dziedzica tronu rzekł:
        - Bolesławie, ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.
Zaprawdę trudno opisać wspaniałość uroczystości, uczt i igrzysk, jakie nastąpiły potem,
a trwały dzień po dniu. Choć kraj był zubożały licznymi najazdami i walkami wewnętrznymi, nie brakło niczego dla okazania, że oto narodził się dziedzic wielkich królów i wspaniałych władców. Wróżono narodzonemu książęciu przyszłość pełną chwały, niezwykłych rycerskich czynów, że rozszerzy swoje panowanie i zada klęskę wrogom, a kraje ościenne przejmie czcią i lękiem.

Gdy rozległo się kwilenie maleństwa w ubogim domu biedaka, którego jedyny majątek stanowiła odwaga, nie było tam dworzan i wielbiących tłumów. Kilka sąsiadek przybiegło ku pomocy rodzącej, dziecię odebrała prosta kobieta jako położna.
        Jednak wkrótce wszystko się odmieniło. Przybyli heroldowie książęcy i obwieścili tę dobrą nowinę, że książę pan właśnie się zbliża, aby dopełnić danego słowa. Postanowił bowiem stanowczo, że będzie trzymał do chrztu dziecię swego wiernego sługi, jak to przyrzekł był. Wnet chata kryta słomą zniknęła niejako od wspaniałości orszaku księcia Kazimierza. Dla strojów wielobarwnych, przetykanych złotem, koni krytych wspaniałymi rzędami, znaków księcia i panów jego dworu wydało się, że rzecz dzieje się nie na klepisku w środku puszczy, lecz w pałacu książęcym lub w katedralnym kościele. Spowito dziecię, przybrano powijaki wspaniałą kapą zdobną złotymi orłami i dano je księciu, który wziął je na ręce. Kapelan książęcy zwilżył wodą chrztu świętego głowę chłopca i wyrzekł słowa:
        - W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, ja ciebie chrzczę Stanisławie.
        Opatrzył książę Kazimierz bardzo obficie owego dzielnego zucha i cały ród. Syna jego, a swojego chrześniaka uczynił dziedzicem licznych posiadłości tak, aby ten, co będzie się zwał, iż jest ze Szczepanowa, używał tego miana na wzór ludzi dostojnych, znamienicie urodzonych i możnych. Tym sposobem wyniósł skromną przedtem rodzinę wysoko między największe rody, co wzbudziło tu i ówdzie zawiść i gniew. Nadto rozkazał wydać im liczne dostatki w szatach, naczyniach i rozlicznym kosztownym sprzęcie, aby nie brakło im niczego od razu, a nie tylko w przyszłości. Obdarował też świetnymi końmi i różnym rynsztunkiem, bronią różnego rodzaju bardzo znakomitą, mówiąc przy tym z przyjacielską poufałością:
        - To jakbym sobie samemu, a nie tobie dawał kumotrze, iżbyś mnie znów mógł w jakiej bitwie uratować.
A na to odrzekł ów waleczny mąż:
        - Zaprawdę łaskawy mój Książę, bo tak przystało człowiekowi wojennemu, aby w potrzebie i życie dał za swego pana.
Potem pożegnali się i powrócił książę Kazimierz do Krakowa.



Książę Bolesław wyrastał wraz z upływem lat na młodzieńca pełnego sił i ochoty do wojennych rozrywek, a przy tym bystrego i obdarzonego zaletami ducha bardziej obficie niż wielu równych mu wiekiem. Stanisław zaś, jak powiadają, nie garnął się do oręża, co bardzo bolało ojca, bowiem sam wiernie służył zawsze swoim mieczem księciu Kazimierzowi i radby widział w synu równie godnego rycerza księcia Bolesława. Sam jednak młody książę pocieszał swego chrzestnego ojca, bowiem jak się słyszy miał dla niego serce pełne życzliwości i szacunku a częstym bywał gościem w Szczepanowie. Zadowalało przy tym jego próżność, która nie była obca młodemu księciu, że widomie przewyższał rówieśnika sprawnością w ćwiczeniach rycerskich. Stanisław natomiast celował we wszystkim, co dotyczyło czci Boga, w modlitwach i mądrości. Nie taił też, że jego największym życzeniem jest, aby poświęcić się służbie, nie żadnego władcy ziemskiego, lecz Pana na niebiosach. Wkrótce też postanowiono, idąc za wskazaniem i radą samego księcia Kazimierza, by skłonnościom Stanisława stało się zadość i wnet rozpoczął naukę w szkole katedralnej. Tam postępował dalej we wszelkiej cnocie chrześcijańskiej, i w rozumieniu nauki i spraw Pana naszego.
        Ze względu na szlachetne porywy swej duszy skłaniał nieraz księcia Bolesława do rozmów o rzeczach dotyczących Królestwa Bożego. Jak niegdyś stawali dla zabawy do zawodów rycerskich, tak teraz wchodzili niekiedy w potyczki słowne. Stanisław żalił się wówczas pozornemu chrześcijaństwu ochrzczonych narodów:
        - Zbawiciel, choć był królewskiego rodu, przyszedł na świat w szopie, a nie w królewskim pałacu, złożony w żłobku i na sianie, jak głosi św. Łukasz. Król królów i Książę książąt nie chodził w chwale majestatu i w szatach kosztownych, nie zażywał ziemskiego splendoru, aby się wywyższać. I owszem sam się uniżył, a królowie i władcy gnębili go i prześladowali, mieli go w pogardzie i nienawiści. Na koniec, gdy już na śmierć został skazany i wreszcie zabity, napisali na drzewie Jego męki szydercze słowa, iż jest królem żydowskim. Zaś władcy i królowie chrześcijańscy zapomnieli o tym, że sługą stał się ich Pan i nie pozwolił wyciągnąć miecza nawet w swej obronie. Chrześcijańscy monarchowie, zamiast w ślady Potomka Dawidowego, poszli drogami Jego prześladowców, i postępują na wzór pogan, nie zaś swego Zbawiciela. Pogańskie są obyczaje wśród narodów chrześcijańskich, a królowie i cesarze panują na podobieństwo raczej Heroda i owych cesarzy rzymskich, którzy prześladowali apostołów i gminy pierwszych chrześcijan.
        Książę Bolesław, który odziedziczył po rodzicu nie tylko cnoty rycerskie, ale i bystrość sądu, odpowiedział na to:
        - Królestwa i narody chrześcijańskie niechby podlegały raczej biskupowi Rzymu jako władzy najwyższej, nie zaś cesarzowi. Cesarz bowiem jest spadkobiercą pogańskich władców bardziej, niż ktokolwiek inny. Przez to wziął dziedzictwo dawnych prześladowań i szerzy swą władzę wśród ludów barbarzyńskich. Jak głosi wieść, a potwierdzają to także znający te sprawy, trwa od dawnego czasu spór biskupów Rzymu z cesarzami niemieckimi o zwierzchnictwo nad chrześcijaństwem. Jeśli bym władał tym dobrym królestwem, opowiedziałbym się za zwierzchnością biskupa rzymskiego i poparłbym jego sprawę ze wszystkiej swej mocy, gdyby ku temu była sposobność.
        Któż odgadnie serce człowieka i zdoła wejść w ludzkie intencje. Stanisław jakby przenikał prawdziwe zamiary księcia.
        - Czy jednak, mój książę, nie kierujesz się względem na korzyść własną, mówiąc w sercu. Cesarz jest tuż obok mnie, niechby więc podupadła jego groźna potęga, zaś biskup rzymski daleko, cóż mi szkodzi, że wzrośnie w siłę?
        Książę odrzekł:
        - Trzymając stronę papieża dokonam rzeczy sprawiedliwej i słusznie doznam ratunku w niebezpieczeństwie, bowiem i Pismo głosi, że nie dasz sprawiedliwemu swemu doświadczyć zniszczenia.
        Na to zaś Stanisław:
        - Skoro biskup Rzymu stałby się według twego orzeczenia zwierzchnikiem cesarza rzymskiego, aby wskazaną przez ciebie drogą uczynić zadość zasadom chrześcijańskim, wówczas biskup krakowski winien być zwierzchnikiem księcia krakowskiego. Zważ więc czy to jest cel, który chcesz osiągnąć i czy wobec tego dalej głosisz zwierzchność władzy duchownej.
        Bolesław taką dał mu odpowiedź:
        - Jest na to sposób prosty i skuteczny. Uczynię ciebie biskupem krakowskim, który nie trwasz przy prymacie władzy biskupiej, a nadto twoje usposobienie i natura sama wzbraniałaby ci wdawać się w walkę o pierwszeństwo.
        - Dobrze odpowiedziałeś mój książę. Zaprawdę nigdy nie będę twoim współzawodnikiem, bowiem żadna ziemska władza mnie nie nęci.

Te różnice sądów nie zakłócały wówczas ich przyjaźni, bowiem nie było miedzy nimi przewrotnych i złych ludzi, a oni też sami nie postąpili jeszcze zbytnio, każdy na swej drodze. Jako ludzie młodzi i pełni życia przerywali taką rozmowę, aby podjąć rycerską zabawę. Bolesław bowiem miłował te zajęcia nade wszystko, a i Stanisław nie stronił wówczas od igraszek z bronią, jazdy konnej i łowów. Był bowiem człowiekiem młodym i nieodrodnym potomkiem rodziny rycerzy. Zawody wojenne były dlań wszelako tylko zabawą, a łowy okazją, aby w cieniu dębów i zagajników pogrążać się w zachwycie nad wspaniałością dzieł Boga. Ruszali zatem z drużyną z grodu na wzgórzu Wawel, a ominąwszy bagna i rozlewiska Wisły i Rudawy, zapuszczali się w lasy na okolicznych wzgórzach tam, gdzie rozciągały się posiadłości Gryfitów.

Wkrótce potem Bolesław wyruszył na wyprawę przeciw Pomorzanom, aby towarzyszyć swemu ojcu. Natomiast Stanisław dla pogłębienia nauki opuścił Kraków i udał się do kraju Gallów, do ich sławnego miasta. Gdy zmarł książę Kazimierz, na tronie w Krakowie zasiadł Bolesław. Po śmierci zaś biskupa krakowskiego Lamberta książę wezwał Stanisława, aby przybył do niego z powrotem, a gdy ów stanął przed obliczem księcia, ten przemówił do niego w następujące słowa:
        - Niegdyś nasi ojcowie dali sobie niemal żartem przyrzeczenie, że będą wzajemnie trzymali swoje dzieci do chrztu i oto skutkiem tego jesteśmy braćmi chrzestnymi. Potem i my daliśmy sobie w młodzieńczych rozmowach pewne obietnice, które przyjdzie nam dzisiaj wypełnić. Ja spełniam oto swoją i wezwałem cię, abyś wstąpił na stolicę biskupią w Krakowie.
        - Tak i ja wypełnię swoją - odrzekł Stanisław - i nigdy nie powstanie we mnie pragnienie władzy, ani nie uczynię niczego, aby ją osiągnąć. Chcę i zawsze pragnę być sługą Boga, twoim Panie i tego Ludu Bożego.

Co do Stanisława, mało kto wątpi o jego dojrzałej pobożności i mądrości w młodzieńczych latach, tak wielka i powszechna była ich sława. Są natomiast tacy, co uważają za czysty wymysł, aby książę w młodym wieku mógł wydawać sądy tak przenikliwe, i prorocze, jako że nie słynął mądrością a raczej odwagą. Zamiast wchodzić w jałowy spór powiedzmy raczej, że może przypisano mu takie lub inne słowa na podstawie późniejszych jego czynów, bowiem niewątpliwie potwierdził sentencje tego rodzaju, czy zostały wypowiedziane, czy też nie.
        Zatem skończmy z opowieściami, które są rozgłaszane niby jakieś zdarzenia mityczne, a przystąpmy do spraw pewniej zaświadczonych.

Dla uzyskania święceń biskupich wyruszył Stanisław przez Karpaty do miejsca, które zowią Ostrzychomiem w Królestwie Węgierskim, o czym nie zamierzamy nadmiernie się rozpisywać. Poprzestańmy na tym, że osiągnąwszy to, co było celem jego podróży, wrócił do Krakowa. Nastąpiła uroczysta chwila złożenia przysięgi w katedrze i wówczas bez względu na to czy takie czy też inne były ich wcześniejsze rozmowy , przyjął biskup Stanisław pierścień z rąk księcia Bolesława, jako znak swego urzędu.




Jak można dziś jeszcze usłyszeć, książę Bolesław, mąż dorodny. rycerski i budzący podziw, odnosił triumfy we wszystkim, co zamierzył. Są tacy, którzy wręcz uważają, że głównym powodem wszystkich nieszczęść, jakie mu się później zdarzyły, była zawiść ludzka, bowiem wielu patrzyło złym okiem na jego powodzenie. Czego mu być może brakowało, to przezorności i powściągliwości. We wszystkim wyrastał ponad miarę - tak w miłości jak w nienawiści i podobne też u innych wyzwalał uczucia.
        Zdarzyło się, że w czasie łowów zabłądził w te strony, gdzie rozciągają się włości Toporczyków. Jadąc wzdłuż rzeczki zwanej Rudawą, znalazł się wreszcie wraz z drużyną w miejscu iście baśniowym. Rudawa czyniła tu rozlewiska wśród olch, które kryły osadę utworzoną z kilku niedużych domów, dalej zaś w otoczeniu lip widniało okazałe dworzyszcze z belek modrzewiowych. Na spotkanie wyszedł stary włodarz. Pozdrowił ich imieniem Boga, oni odpowiedzieli mu równie uprzejmie. Na pytanie, czyj by to był dwór i czyje sioło, odrzekł, iż wszystko to należy do pani Małgorzaty z Przegini.
        Gdzieś z za domu dobiegał dźwięk instrumentu i śmiechy kobiet. Książę Bolesław zsiadł z konia i pozostawiwszy go opiece giermków ruszył z jednym z przybocznych, gdzie wabiły go owe głosy a nie jest nikomu tajne, jaką miał słabość do płci niewieściej. Za dworem wyrastał sad, w którym odbywała się scena prawdziwie sielankowa. Swawoliło tam grono młodych osób płci obojga w ten mianowicie sposób, że jeden z mężczyzn, a był to młodzian szczególnie rosły i piękny, uwijał się wśród pozostałych z zawiązanymi oczyma chcąc kogoś złowić. Towarzyszyły temu śmiechy, zaś dla większej przyjemności wtórował zabawie dźwięk cytry.
        Nieco na uboczu, jakby stroniąc od owej uciechy, stała pani niezwykłej urody, strojna w błękitną suknię ze złotą przepaską wokół skroni. Książę Bolesław rzekł do swojego przybocznego:
        - Jakże się to dzieje, że taki oto raj ukrył się przede mną, który jestem władcą tej ziemi. Czemu spędzam czas samotnie, gdy tu żyje taka piękność i cieszy któregoś z moich poddanych?
        Zapomniał wówczas o wielu pięknych damach, które stale czekały na jego skinienie. Mógłby był bowiem według powszechnego przekonania, iść o lepsze z pradziadem swym Mieszkiem, o którym powiadano, że w czasach pogańskich siedmiu żon zażywał.
        Okazało się, że igrający beztrosko młodzieniec należał do rodu Starżów, Toporczyków i miał na imię Sieciech. Doszło tam wtedy do sprzeczki, ponieważ nie poznano księcia, co zdarzało się nader często, jak wiemy z licznych opowieści tego rodzaju. Gdy zaś dał się poznać, bynajmniej nie wzbudził w Toporczyku Sieciechu bojaźni czy szacunku. I owszem, wtedy dopiero młody komes okazał swą butę, z której znani byli Toporczykowie i rzekł do księcia:
        - Stoisz na mojej ziemi synu kołodzieja.
I nie uczcił swego suwerena. Dopiero, gdy usłyszawszy rozgwar sporu zbliżyli się przyboczni i giermkowie, cała dobrze zbrojna świta, komes Sieciech rzekł:
        - Nie kłóćmy się Piastowicu. Żartowałem.
Odrzekł mu książę Bolesław:
        - Zegnij kolano, jak wasalowi przystało, abym cię nie zabrał ze sobą na powrozie, niby zwierzynę łowną.
Sieciech przykląkł i skłaniając głowę rzekł ze złośliwym uśmiechem na poczerwieniałej gniewem twarzy:
        - To już lepiej klęknę, abyś nie polował tu w tym sadzie, skoro ci się nie powiodło w naszych lasach.
Ta cierpka uwaga dotyczyła łowów zaiste nie bardzo udanych. Patrzyła na to wszystko piękna Małgorzata i serce jej przylgnęło do księcia, postąpił bowiem godnie i rycersko. Nie wziął małodusznie odwetu na Sieciechu i zachował spokój godny władcy. Zbliżył się natomiast do Małgorzaty i ująwszy koniec jej dłoni, rzekł tak cicho, aby tylko ona słyszała:
        - Wrócę do ciebie, moja piękna.
        Choć słowa wypowiedziane były do owej urodziwej pani, przecież doszły uszu ludzi postronnych. Są tacy, który twierdzą, jakoby książę rzekł. "wrócę po ciebie", pewnie na podstawie tego, co się później zdarzyło. Powiadają, że ściągnął na siebie książę Bolesław zawziętość komesa Sieciecha przez to właśnie, że wziął sobie niewiastę, którą tamten miłował.
        Choć nie pomniejszamy tej przyczyny, przecież należy dostrzec i inne, które pomyślawszy trzeba będzie uznać za bardzo doniosłe. Bowiem to winien wiedzieć każdy, kto szuka tu prawdy, że Starże, Toporczykowie jako dawny i możny ród w kraju Wiślan żywili nienawiść do potomstwa Piastowego, iż opanowało siłą kraj nad Wisłą. Nawet więcej, bo mieli dlań pogardę, albowiem według ich wyobrażeń był to nikczemny i niski ród kmiecy wyniesiony niedawno przez jakiś bunt i zamieszki, które zdarzyły się nad Gopłem. Sami jednak, jak się wkrótce wydało, powzięli równie przewrotny zamiar obalenia potomstwa księcia Kazimierza podobnym sposobem, co okazało się opłakane w skutkach. Im bowiem nie dało żadnych korzyści i owszem same szkody, krajowi zaś przyniosło tak wiele utrapienia, że nie można wspomnieć o tym bez żalu.




Pewnego dnia przybył do zamku w Krakowie rycerz zawołania Habdank i przyniósł ważne wiadomości o niepokojach w Królestwie Niemieckim.
Wkrótce potem wezwał książę Bolesław kanclerza wraz z pisarzem kancelarii i biskupa Stanisława. Wówczas przemówił w te słowa:
        - Wiadomym wam czynimy panie kanclerzu i tobie, biskupie Stanisławie, abyście to dobrze rozważyli i mogli wesprzeć dobrą radą, co dzieje się w ziemi Niemców i jakie bunty musi cierpieć ich król, bowiem niektórzy wasale podnoszą głowę przeciw niemu. Powiedzcie tedy, co nam teraz czynić wypada?
        Kanclerz wyrzekł zdanie, że tego rodzaju zdarzenia pozwalają nieco ochłonąć od niemieckiej przewagi, choć bez wątpienia przykrą jest rzeczą słyszeć, jak gwałcone są prawa przyrodzonego pana.
        - Prawdziwie rzekłeś panie kanclerzu. O obu tych rzeczach trzeba pamiętać, a żadnej nie pominąć ani zaniedbać. Bowiem suwerenowi słusznie należy się uległość poddanych i tego trzeba strzec niezachwianie. Zostawmy wszakże królowi niemieckiemu jego zmartwienia, a sami pomyślmy o naszych troskach. Byłoby rzeczą wskazaną i miłą Bogu podjąć pracę i dzieło umocnienia Kościoła Świętego w tym Królestwie przez zakładanie nowych diecezji i podjęcie starań, aby wznowiona została prowincja gnieźnieńska.
        - Podziwu godne są to myśli i nader pobożne zamierzenia - odrzekł kanclerz - Dlatego zasługują ze wszech miar na to, aby je ziścić.
        Głos zabrał biskup Stanisław:
        - W istocie, zamiarom tym nie można odmówić zacności. Wszelako zanim zasadzimy nowe drzewo baczmy , aby stare nie uschło.Pamiętajmy też, jak jest napisane , że nie należy przyszywać nowej łaty do starej sukni.
        - Wyłóż jaśniej swoją myśl, biskupie Stanisławie - rzekł książę.
        - Oby jasność w słowach zawarta mogła oświecić ciemności, jakie bywają przy samej lampie. Bo oto, gdy rozważamy o nowych siedzibach biskupich, owo najstarsze i czcigodne biskupstwo krakowskie cierpi niemałe zgorszenie i odeszła stąd gorliwość spraw Pańskich. Władza duchowna stała się bowiem niczym świeckie księstwa i urzędy, z obrazą dla Ewangelii. Kupnych korzyści szukają niekiedy chrześcijanie w łasce, która jest darmo dawana. Winniśmy strzec się takiego nadużycia pamiętając na sąd, jakiego Piotr, pierwszy z apostołów, dokonał nad czarnoksiężnikiem Szymonem.
        - Pomówimy o tym innym razem. - rzekł książę Bolesław - Teraz zaś rozważmy, co należy czynić, aby powróciła metropolia do Gniezna.
        Powiedział kanclerz:
        - Myśl, którą powziął pan nasz książę, trzeba wykonać, jak najrychlej, przyniesie to bowiem chwałę i pożytek królestwu temu i Kościołowi. Co zaś do waszych słów panie biskupie - zwrócił się do Stanisława - mógłby ktoś pomyśleć, ktoby was tak dobrze nie znał i waszej zacności, jak ja znam, że obawiacie się aby was biskup gnieźnieński nie prześcignął w pierwszeństwie, które teraz dzierżycie.
        - Ani mnie znacie panie kanclerzu, ani zacności tak mojej, jak i żadnej innej nie macie zanadto w cenie, a raczej różne sprawy właściwe światu temu.
        Obruszył się na to kanclerz:
        - Ganicie tu panie biskupie dobra światowe, czy może słuch mnie zwodzi - odrzekł, nie tając gniewu. - Czy to nie wy zagarnęliście bezprawnie włość tego Piotra, a jego świętym patronem wyniośle nam wygrażacie. Bo skoro ów Piotr z Piotrawina zmarł, wyście zabrali tę jego posiadłość i ją trzymacie.
Książę zniecierpliwił się z przyczyny tego sporu, jaki powstał bez względu na jego obecność. Rzekł więc:
        - Pokój panowie. Zaprzestańcie!
Powiedział wtedy biskup Stanisław, zwracając się do niego:
        - Wybacz książę panie Bolesławie, że nie bacząc na ciebie, wdałem się w tę gorszącą kłótnię. Niech mi to będzie darowane. Teraz jednak z uwagi na prawdę, zechciej przyzwolić na sąd Boży między mną, a tym moim bratem.
        - Jakiż to sąd? - zapytał książę.
        - Sąd będzie ten. Skoro moja sprawa jest słuszna i nienaganna, a szczere są moje intencje i nie szukam własnego zysku, ale prawo mam na względzie i jeśli nie skłamałem tu przed tobą mową brzęczącą jak fałszywe monety, który to zgiełk zakrywa obłudę serca, tedy na potwierdzenie moich słów i prawdy napomnień, a także tego, że oszczerstwem były postawione mi zarzuty niech tu się stawi mocą Chrystusa za przyczyną Jego wielkiego apostoła Piotra - bowiem słusznie powołałem się na niego - ów jego zmarły imiennik rycerz Piotr tak, jak był żywy w ciele swoim.
        Książę zdziwił się temu:
        - Jakże się zmarły stawić może?
        Nim jednak dokończył tych słów, otwarły się drzwi komnaty z łoskotem większym niż zazwyczaj i wszedł ów Piotr, rycerz ze wsi Piotrawin, zmarły kilka miesięcy temu. Przerażenie zmroziło zgromadzonych, gdy Piotr przemówił:
        - Zostałem tu posłany, aby zaświadczyć, że wieś moją Piotrawin uczciwie nabył ten oto biskup Stanisław i ze wszelką słusznością jest jej prawym właścicielem.
        Nikt nie wyrzekł słowa. Wówczas książę, co dowodzi jego bezprzykładnej odwagi i przytomności umysłu, wstał ze swego krzesła, podszedł do owego człowieka i ujął go za rękę, a następnie spojrzał nań tak, że ich oczy spotkały się i powiedział:
        - Poznaję cię. Ty jesteś zaiste rycerz Piotr.
Odrzekł tamten:
        - Tak.To ja jestem.
Poczem cofnął dłoń i opuścił to miejsce, a drzwi zamknęły się za nim. Powiadają, że długo trwało tam jeszcze milczenie, jakby Hades władca podziemi wypuściwszy na chwilę jednego człowieka, wziął na ten czas, jako zakładników owych kilku ludzi zebranych w książęcym pokoju.
        Mało to podobne do prawdy, aby będąc świadkiem tak wielkiego cudu można było nadal trwać w swoich błędach, niemniej tego właśnie dopuścił się Śreniawita, który był wówczas kanclerzem. Wiadomo bowiem, że pokonany skutkiem wyroku Bożego, a odsunięty przez księcia od swego urzędu, zachował w sercu jeszcze większą urazę, niż ta jaką żywił przedtem. On to zaczął wymyślać różne oszczerstwa, aby oczernić biskupa Stanisława, jakby sam nie był świadkiem tej niezwykłej sprawy, a nadto też książę własną osobą i ów pisarz kancelarii, który zdjęty mocą tego czynu opuścił swój urząd i poświęcił się rozgłaszaniu cudownego zdarzenia wśród ludu.
        Natomiast kanclerz szerzył później pogłoski, jakoby Stanisław posłużył się jakimiś sztuczkami, które uknuł w zmowie z księciem czeskim Wratysławem, królem Węgier Salomonem, a nawet samym niemieckim Henrykiem. Głosił, jakoby człowiek bardzo do rycerza Piotra podobny był w służbie czeskiej używany jako szpieg, czy zwiadowca do różnych nędznych spraw w tym królestwie. Trzeba jednak pamiętać, że gdy ludziom złej woli braknie argumentów dla wytłumaczenia rzeczy nadprzyrodzonych i przerastających ludzki rozum, zwykle wymyślają zawiłe spiski, wyszukane i pomysłowe oszustwa - może sądząc według własnej miary - i na końcu języka mają zawsze różne bredzenia w rodzaju opowieści o sobowtórach, jakby natura nie miała niczego lepszego do czynienia, a tylko tworzyć fenomeny dla ratowania ich zaślepionej głupoty i złości.
        Że zaś nieprawość często posługuje się oczywistym i grubym kłamstwem, wiadomym jest już na podstawie świętego Mateusza, bowiem i Zmartwychwstanie Pana naszego przewrotność żydowska przypisała zręcznym zabiegom apostołów. Nie jest uczeń nad mistrza, jak powiada Pismo. Dla tego oszczerstwo, jakie dotknęło Pana spadło też na jego sługi, w tej liczbie i na biskupa Stanisława. Każdy jednak poczciwy człowiek pozna prawdę i zacność po ich przyszłych owocach.




Po dniu zwiastowania postanowił książę Bolesław wyruszyć całym swoim dworem do Gniezna. Miała udać się w tę drogę także księżna, jego małżonka, wraz z synem Mieszkiem i jej damy dworu, przeto wnet się okazało, że towarzyszyć im też będą pewne niewiasty, z którymi książę miewał miłostki nie bardzo nawet ukrywane.
        Wówczas biskup Stanisław poprosił o posłuchanie u księcia zanim dwór wyruszył z zamku i pałacu krakowskiego. Książę Bolesław wyraził na to zgodę, Stanisław tedy wytknął mu owe uczynki powiadając:
        - Nie godzi się, aby jechały wraz z osobami dworu owe niewiasty. Jest to bowiem powszechnym zgorszeniem, a nadto wielka krzywda dzieje się osobie księżnej.
        Na to odezwał się książę bardzo rozdrażniony:
        - Czy nie przebierasz miary biskupie Stanisławie wdając się w sprawy, które mnie tylko dotyczą i nękając mnie nieustannie?
        - Nie, książę panie Bolesławie - odrzekł biskup - bowiem tak zawsze czynili prorocy i mężowie zobowiązani przez Boga, aby tego strzegli. Jest moją powinnością, aby wypomnieć takie zło, a nie milczeć.
        - Jesteś pomazańcem, to prawda, lecz czemu występujesz przeciw mnie, który jestem tu władcą z woli Boga i twoim suwerenem? - nalegał książę.
        - Każdy niech pozostanie wierny swemu posłannictwu. Jeśli w czymś uchybię, już nie wytykaj mi tego książę Bolesławie, lecz ukarz mnie własną ręką.
        - Rzekłeś - odparł książę - i tak niech będzie. Teraz zaś, aby nie czynić zamętu, pozwolę wyjechać z zamku owym damom wraz ze dworem, ale na najbliższym postoju zatrzymam je i z należytym bezpieczeństwem odprawię z powrotem.
        Tak też pono uczynił książę Bolesław, lecz powiadają, że odprawił je rano nie zaś wieczorem. W ten sposób nie uchybił przyrzeczeniu.
        Jednak zdarzyło się tegoż wieczora na postoju nocnym w Skale, gdy książę rozstał się z Małgorzatą - ją bowiem w owym czasie darzył szczególnymi względami - że Toporczyk Sieciech zaślepiony chęcią zemsty przybył tam potajemnie i przygotował nań zasadzkę pode dworem i napadł na niego. Miał ze sobą kilku zbrojnych ludzi, Bolesławowi zaś towarzyszył tylko nieodłączny Borzywoj, syn Msty. Wnet atoli okazało się, że Sieciech nie może sprostać Bolesławowi w boju, pomimo przewagi liczebnej i zaskoczenia. Wówczas książę Bolesław rzekł stosownie do swego zwyczaju:
        - Choć jestem twoim władcą zniżę się do ciebie i będę walczył z tobą jak równy z równym w sprawiedliwym pojedynku. Niech więc odstąpią ci ludzie, unosząc swe rany i niech trzymają się z daleka, aby wszyscy nie poginęli.
        Sieciech wyraził na to zgodę widząc, w jak opłakanym stanie są jego towarzysze. Stanęli tedy z księciem twarzą w twarz.
        - Oto utraci niechybnie swoją urodę twoje nadobne liczko - drwił Bolesław - bo zamierzam poznaczyć cię dobrą blizną na całe życie.
        Tak też uczynił i gdy Sieciech z powodu okrutnego okaleczenia nie mógł walczyć dalej, książę rzekł do zalanego krwią:
        - Puszczam cię żywym, abyś nie powstawał więcej przeciw mnie i był obrazem kary powstrzymując się od wszelkich knowań.
        Miał bowiem książę Bolesław dla wyrażenia swego gniewu lub wymierzenia doraźnej kary sposób prosty i skuteczny, choć okrutny, a zarazem rycerski i nie rzucający żadnego cienia na sławę jego, owszem dodający mu blasku wspaniałomyślności, jako że kara mieszała się z zaszczytem. Mówił książę do rycerza, który zawinił względem niego:
        - Nie będę cię ścigał prawem, ani dochodził swoich słusznych praw, gdyż przyniosłoby mi to ujmę. Wręcz zaszczycę cię łaską, choć nie jesteś jej godny i ja, twój władca sam będę walczył z tobą w obronie mojej czci jak rycerz z równym sobie rycerzem. Stawaj więc do walki i albo twoja sprawa okaże się słuszna, albo moja.
        I walczyli, książę z owym rycerzem, jak równy z równym. Nikt jednak nie umiał dotrzymać placu Bolesławowi i wiedziano powszechnie, że nie ma w królestwie całym takiego rycerza, któryby mu sprostał w jakiejkolwiek potyczce, wszelakim sposobem. Robił tedy ze swoim przeciwnikiem, co tylko zechciał, bo jeśli pragnął pozbawić kogoś życia, zabijał go w równej walce, jeśli postanowił zadać tylko rany, kaleczył swego przeciwnika na oczach wszystkich w równym pojedynku. Tak i karze stawało się zadość i nie musiał uciekać się do wątpliwych wybiegów prawnych, rozjemców i świadków lub, co gorsza, do jakichś skrytobójczych i podstępnych knowań. Zarazem, przytomni takiemu zdarzeniu mieli przestrogę - było bowiem wiadome, że stanąć do walki z Bolesławem znaczyło to samo, co zdać się na jego zupełną łaskę, zginąć lub zostać kaleką. Gdy zamierzał ocalić od całkowitej zguby, a zarazem dać nauczkę, ranił lekko, lecz boleśnie, zadając końcem miecza z niedościgłym mistrzostwem cięcia na rękach i twarzy. Zostawiał przeciwnikom niezatarte znaki i ci, którzy uszli w ten sposób z życiem otrzymywali blizny, aby były dla nich upomnieniem.
        Spotkało to Sieciecha, ten jednak, jak powszechnie wiadomo, nie skorzystał z przestrogi. Wspaniałomyślność Bolesława, iż darował Sieciechowi życie pomimo tak jawnego przestępstwa, stała się przyczyną wielu nieszczęść. Lepiej by zapewne było, ażeby zginął ten jeden człowiek, niżby się miało zdarzyć całe zło, jakiego stał się przyczyną.




Komes Sieciech zraniony przez Bolesława, rycerskiego księcia i pozostawiony swemu losowi ze szpetnym okaleczeniem na twarzy długi czas dochodził do zdrowia, złożony niemocą. Potem wszakże wstawszy, udał się na miejsce jedno osobne, niedaleko Tyńca, gdzie zebrali się wtedy znakomici i starsi ludu wiślańskiego ze znaczniejszych rodów owej ziemi, a także ci, którzy trwali w dawnym obyczaju i pogańskich praktykach.
        Zdumieli się tam zniekształceniu jego twarzy oszpeconej krwawą blizną, ponieważ słynął był z urody. Tu wobec licznych świadków i całego zgromadzenia owych ludzi, którzy byli tam licznie zebrani spośród jego zwolenników i starszyzny plemiennej, poprzysiągł zemstę księciu Bolesławowi. Zapytany bowiem przez seniora, czyli starostę rodu Toporczyków, skądby odebrał tak srogą ranę i w jakiej przygodzie, odrzekł nieco sepleniąc z powodu okaleczenia:
        - Nie jest to zwyczajna rana ani blizna, lecz znak wypalony na ciele moim, abym pamiętał o jednej sprawie i nigdy o niej nie zapomniał.
        - Jakaż to sprawa? - zapytano.
        - Oto ona. Słuchajcie!- zawołał Sieciech - Nie wolno mi spocząć, ani dać wytchnienie, ani zatrzymać się, póki ów człowiek będzie stąpał po tej ziemi!
        - Co to za człowiek? - padło pytanie.
        - To ten - odparł Sieciech - który buduje na naszych górach i skałach klasztory i kościoły, i wieże z krzyżem, jak i tu zbudował na tej skale w Tyńcu gmach i kościół, i wieżę i osadził zakonników, i wyposażył ich w nasze włości.
        Przyjęto te słowa w milczeniu i milczało całe zgromadzenie, bowiem na wiecach nie mówiono wiele. Wreszcie rzekł ów starosta znowu:
        - I ty jesteś z tych, którzy noszą krzyż. Czyż nie jesteś ochrzczony i nie czcisz krzyża?
        Na te słowa, przerwane zostało milczenie i wybuchła wrzawa. Padały wzajemne oskarżenia, ponieważ ci, co wyznawali bogów pogańskich, jęli bardzo nastawać i urągać innym mówiąc, że upadł dawny obyczaj i spodleli Wiślanie czyli Chrobaci - dając swoje szyje pod jarzmo, wyrzekając się obyczaju praojców. W ten sposób dopuścili się zdrady i największego występku. Lecz inni przedkładali swoje racje wywodząc, że trudno jest przeciw ościeniowi wierzgać, bowiem raczej należy życie ocalić. Zrobił się wielki zamęt i spór wśród nich, ponieważ jedni trwali w pogaństwie, inni zaś byli ochrzczeni, wszyscy jednakże mieli w nienawiści Bolesława i ród jego.
        Gdy tedy zdawało się, że niewiele wyniknie z owych narad i nastąpi rozłam, odezwał się mocnym głosem Sieciech, a głos jego zabrzmiał ponad całym tym zgiełkiem:
        - Słuchajcie, co powiem. Oto ja przysięgam dziś zemstę temu kmiecemu synowi, przybłędzie znad Gopła - wołał Sieciech - iż go będę prześladował na każdym miejscu, gdziekolwiek by nie był i nigdy w tym nie ustanę, aż zostanie całkiem zniweczony. Biorę tu na świadków was wszystkich, starszych i mężów w sile wieku, rycerzy dobrych, świadczę się zaś wszystkimi mocami na niebie i na ziemi, dawnymi bogami i nowym Bogiem mocnym i jedynym. Do was zaś mówię tak: zniszczę tego syna kołodziejowego i całe jego pokolenie, usunę go z tej ziemi i nie będzie tu więcej stawiał żadnych budowli na naszych skałach i górach, i pradawnych uroczyskach, ani on, ani jego potomstwo. Nie sprzeczajmy się tedy o to, czego nie widzą oczy nasze, lecz postanówmy zebrać wszystkie siły, aby upadł wróg nasz widomy!
        Powiadają, że od tego czasu wszyscy, którzy mieli w nienawiści Bolesława i spiskowali przeciw niemu, tworząc zmowy i sprzysiężenia po lasach i oddalonych grodziskach plemiennych, mieli Toporczyka Sieciecha za swego przywódcę. Czynili to zaś zgodnie zarówno ci, co chcieli powrotu fałszywych bogów, jak i owi, którym nie w smak było panowanie obcych książąt i twarda ręka księcia Bolesława, jak wreszcie tacy, którzy jak Sieciech nienawidzili księcia z przyczyn osobistych, a także wielu jeszcze innych. Umiał bowiem Sieciech opleść księcia siecią spisku tak przebiegłego, zawiązanego wśród wszelakich ludzi, bo i rycerstwa i wielmożów i urzędników i duchownych, że jego intrygi i knowania doprowadziły w końcu do prawdziwie zgubnych skutków.
        Przedsięwziął wówczas komes Sieciech i zobowiązał się na owym wiecu, że uczyni zabiegi, aby zjednać dla tej sprawy Władysława, Bolesławowego brata. Orzekli bowiem, że niebezpiecznie byłoby zmierzać do usunięcia obu synów księcia Kazimierza, aby nie zdarzyły się takie nieszczęścia i najazdy, jakie bywały, gdy podniesiono niedawno takiż bunt i wznowiono cześć dawnych bogów, a wnet przybył książę czeski i dokonał strasznego spustoszenia, a zaraz i cesarz przysłał posiłki wspomagające rodzinę książęcą. Właściwie byłoby przeto oddać tron w Krakowie owemu niemrawemu księciu tak, aby panując, nie zagrozili więcej Piastowice wolności rodów wiślańskich.
        Potem okazało się, że zamiary Sieciecha były jeszcze inne, bo kierował się względem na własną pomstę, potem zaś na swoje wyniesienie i korzyści, a dążył do tego za wszelką cenę posługując się ludźmi, jako narzędziem. Możnaby bowiem za starożytnym pisarzem powiedzieć o nim, że człowiek ten, ze znakomitego rodu pochodzący, obdarzony był wielkimi zaletami umysłu i ciała, lecz miał charakter zły i przewrotny.




Książę Władysław przebywał w tym czasie w Płocku, w ziemi mazowieckiej, usunął się był bowiem z Krakowa z powodu pewnych przyczyn szczególnych. Trzeba bowiem wiedzieć, że młodszy książę miał usposobienie skryte i nieufne, a nadto będąc jakby całkowitym przeciwieństwem brata był chorowity, nieśmiały i pozbawiony rycerskiej dzielności. Stronił też od uczt i uciech, ponieważ miewał zawroty głowy i nudności i drżenie nóg, nie mógł tedy sprostać ani przy stole, ani w tańcu. Nadto nie zdradzał jakoby skłonności do kobiet i prowadził, jak sądzono żywot jakby mniszy. Okazało się jednak, że jest to pozorem, gdy wyszedł na jaw jego związek z Prawdzicówną, nie zawarty wszakże przed obliczem Boga i Kościoła.
        Miał bowiem komes Sieciech pewną damę, bardzo sobie oddaną, z rodu Prawdziców. Powiadają, że łączyły ich potajemne zbliżenia, niczego wszelako nie można rzec z całą pewnością, bowiem Sieciech nie zwykł był rozgłaszać swoich miłostek, a liczne pogłoski wokół tego przekonywają tylko, że nie ma sekretu dość skrytego, aby choć po części na jaw nie wyszedł.
        Pani owa przylgnęła doń tak dalece, że nie było rzeczy, której by dla niego nie zrobiła i gotowa była uczynić każdą niegodziwość dla zjednania go sobie. Sieciech, nie odwzajemniał w równej mierze jej przywiązania. Zwróciwszy swoje serce w inną stronę, związał się z piękną Małgorzatą i doznał od niej bolesnego zawodu, bowiem przystała do księcia Bolesława. Wówczas pod wpływem cierpienia po jej stracie - a mówią, że nikogo więcej tak nie miłował - wymyślił okrutną zemstę i wiedząc o niedołęstwie młodszego brata książęcego, Władysława, nastręczył mu ową niewiastę z rodu Prawdziców, jak niektórzy wręcz głoszą, już naonczas z własnym dziecięciem w jej łonie. Ta, jak się rzekło skłonna do wszelakiej nieprawości dla dogodzenia Sieciechowi, zgodziła się na to, bowiem obiecywał jej trwanie ich związku, zaś w przeciwnym razie niechybne oddalenie na zawsze. Uknuli przy tym nie tylko utrzymanie owej więzi miłosnej, lecz także zniewolenie i całkowite zjednanie słabego księcia Władysława.
        Stało się według ich zamierzeń i uwiodła owa niewiasta książęcego niedołęgę, bowiem on nie mając żadnego doświadczenia w tym względzie, nie zdołał się jej oprzeć, potem zaś, jak to bywa z podobnymi ludźmi, bardzo się do niej przywiązał i długo nie zdołał wyzwolić się z tej słabości.
        Gdy niewiasta owa okazała się brzemienna, książę Władysław nie potraktował jej wszakże niby nałożnicy, lecz uznał ją za małżonkę, nie biorąc z nią jednak ślubów kościelnych. Wówczas doszło do sporu między braćmi, bowiem Bolesław mówił:
        - Żyj z nią wedle upodobania, lecz nie czyń poniżenia domowi naszemu, bo wszak ta niewiasta nie pochodzi z rodu panujących książąt, a tobie przystało brać za żonę księżniczkę czeską, ruską lub węgierską, albo krewną cesarza, aby uświetnić i umocnić nasz ród.
        Natomiast książę Władysław trwał przy swoim, nie silił się na żadne rozumne argumenty, lecz powtarzał z uporem:
        - Nie stoję o to. Związałem się z ową niewiastą i nie trzeba mi innej. Ta jest moją żoną.
        Zaś na napomnienia biskupa Stanisława, jakoby należało stanowczo związać się przed ołtarzem, w ogóle nic nie odpowiadał, lecz zbył go milczeniem, które przerwał tylko po to, aby oświadczyć, że musi odłożyć tę rozmowę, ponieważ źle się czuje i winien odpocząć w łożu. Potem zaś, wobec dalszych nalegań i coraz bardziej dokuczliwych przykrości, opuścił Kraków i osiadł w Płocku.
        Mając na księcia Władysława wpływ niemal nieograniczony, zaleciła mu Prawdzicówna Sieciecha na doradcę i zaufanego człowieka dworu, jako niby to jej powinowatego, co poniekąd było prawdą. Dzięki temu komes Sieciech miał odtąd łatwy wstęp do palatium księcia Władysława i mogli się spotykać, z czego wszakże nie korzystał Sieciech w Krakowie z obawy przed księciem Bolesławem. Bywało natomiast, że gościł parę książęcą u siebie, w swoich włościach, w swym dworze i grodzie. Stał się ów Toporczyk niejako palatynem księcia Władysława. Zachowali to jednak w sekrecie na tyle, na ile dało się to ukryć.
        Skoro oddalił się młodszy książę z Krakowa i zamieszkał na uboczu w mazowieckim Płocku, mógł tam komes Sieciech zawsze przybyć traktowany przez księcia jako pierwsza osoba dworu. Gdy tedy obiecywał zgromadzonym na wiecu tynieckim, że zjedna dla nich księcia Władysława, nie wiedziano tam, że już po części jest to sprawa przezeń dokonana, bowiem miał wówczas ścisłe związki z owym księciem i jego dworem. Poprzysiągł był Sieciech zgubę księcia Bolesława i był świadom tego, że opętanie jego brata może dać mu do tego sposobność, szukał bowiem wszelkich dróg do tego celu.
        Ruszył tedy komes Sieciech z dobraną świtą, dobrze zbrojnym pocztem do Płocka. Trzeba zaś rzec, że nie szukał towarzyszy tej wyprawy wśród znamienitych rycerzy z przedniejszych rodów, lecz wziął sobie ludzi nikczemnego pochodzenia i podłych charakterów, zdolnych do wszelkich dzieł niegodnych, zarówno do złej rady, jak gwałtownych czynów. Nie chodziło mu bowiem o to, aby spełnić wolę tych, którzy powierzyli mu ową misję, lecz, jak to bywa między przeniewiercami, od początku jął zdradzać owo sprzysiężenie, aby zaspokoić swe własne pożądania. Dlatego otaczał się umiejętnymi i bezwzględnymi intrygantami, ludźmi zaprawionymi w rzemiośle szpiegowskim, donosicielami i skrytobójcami znającymi się na przygotowaniu zamachów i zasadzek. Stanowili oni jakby jego oczy i uszy i nader długie ramiona.
        Stało się zaś w tych dniach, że niewiasta owa urodziła księciu Władysławowi syna, któremu nadano imię Zbigniew i trwała z tej przyczyny wielka radość w domu książęcym w Płocku.
        Przybywszy tedy do księcia Władysława komes Sieciech rzekł:
        - Oto przynoszę książę panie Władysławie tobie i małżonce twojej i temu oto nowo narodzonemu dziedzicowi dobrą nowinę, dodając ją niby podarek narodzinowy do tej wielkiej radości.
        Na pytanie, co by to była za nowina i jaka wieść, powiedział:
        - Nadszedł bowiem dla nas wszystkich i całego tego dworu dzień pomyślny i upragniony, bo oto postanowiono na wiecu najpierwszych rodów ziemi krakowskiej, aby przysłać pokłon i słowa czci tobie książę, a ja zostałem posłany, aby tobie to przynieść, iż starostowie grodów plemiennych i rodowych, i lud Wiślan, Chrobatów chce i pragnie opowiedzieć się przy tobie, aby mieć w tobie swego pana, bowiem tobie przystoi być władcą nad całą ziemią polską.
        Uląkł się książę Władysław tych słów ze względu na brata swego Bolesława i jego srogość i zaczął rozpytywać o pewne szczególne okoliczności, aby wybadał, czy wieści o tym mogły się już szerzej rozejść, poczem rzekł, że nie chce słyszeć o niczym takim, nie jest bowiem wrogiem brata swego.
        Na to odrzekł Sieciech:
        - Ta jest wola stanów tego królestwa, a wy uczynicie książę panie Władysławie według swego postanowienia. To wszelako wiedzcie, że niechybnie wyzuje was brat wasz i z tego księstwa, bowiem czyni wielkie przygotowania, aby stać się władcą niepodzielnym. Sposobi wszak drużyny i liczne hufce rycerstwa, gromadzi wojsko, jakiego dawno nie bywało w tym królestwie, siłę na podobieństwo tej, jaką trzymał wielki Bolesław, zbiera i przymusza ludzi różnymi sposobami.
        Wówczas owa niewiasta rozpoczęła lament nad losem swoim i dziecięcia, co ostatecznie skruszyło opory księcia Władysława. Postanowili tedy wspólnie zachować te sprawy w całkowitej tajemnicy, aby rzecz ta nie doszła uszu księcia Bolesława, lecz z ukrycia wszystko obracać na jego szkodę. I trzeba przyznać, że udało im się tak dobrze ukryć owe knowania, że pierwej wyszły na jaw ich skutki niż one same.
        Im większe milczenie poprzedza gwałtowne wypadki, tym więcej powstaje domysłów. Są tacy, którzy podają zgoła inny przebieg wydarzeń, bowiem utrzymują, że książę Władysław już w Krakowie był dobrze obznajomiony z owym sprzysiężeniem i owszem sam się doń przyczynił na równi z Sieciechem. Ci głoszą, jakoby nie trzeba im było kobiety, aby ich połączyła, wystarczyło im bowiem, że żywili podobnie wrogie uczucia i złe zamiary względem księcia Bolesława. Według owych książę Władysław, który pod pozorem niedołęgi krył zręczność, przebiegłość i skłonność do podstępów, ułożył wspólnie z Sieciechem wyjazd do Płocka, aby tam, pozostając na uboczu, mniej narażać się na niebezpieczeństwa i być poza wszelkim podejrzeniem wobec przyszłych zamieszek i rozruchów. Czy tak było, czy inaczej, trudno o tym teraz przesądzić, to tylko z pewnością można powiedzieć, że ich związki i zmowy źle się skończyły dla księcia Bolesława.




W owych miesiącach wiosennych przemierzał dwór księcia Bolesława i księżnej jego małżonki kraj polski, bowiem wyruszywszy z Łęczycy jechali w stronę Poznania. Po drodze kasztelanowie grodów i ludzie osiadli na podgrodziach i w siołach służebnych witali ich i służyli im. Gdzie zaś trafili na kościół lub klasztor witało ich i żegnało bicie dzwonów, modły zakonników i duchowieństwa wznoszone w intencji wszelkiej pomyślności i jeszcze wspanialszego, długiego panowania księcia Bolesława. Bolesław zaś tak samo, jak zasłużył na owe modły i dzięki, bowiem poczynił był liczne dobrodziejstwa fundując kościoły i klasztory i uposażając je sowicie, tak też i w czasie tej drogi również okazał swoją sławną szczodrość, bowiem nie było człowieka, który by odszedł od niego nieobdarowany i nie można by znaleźć nikogo, kto poniósłby z powodu księcia jakąś szkodę lub stratę, a nie odzyskał tego w dwójnasób. Bowiem wszędzie wypłacano z jego polecenia ludziom prostym, którzy ponosili ciężary, sowite wynagrodzenia, zaś możniejszym ofiarowywał kosztowne dary, przywileje i nadania tak, że każdy czuł się o wiele bogatszy po jego odjeździe niż zanim książę przybył. Dlatego też szlak jego wędrówki nigdy nie był dla ludzi brzemieniem, lecz błogosławieństwem, dobrodziejstwem i źródłem dostatku, a zdarzało się, że oczekiwano, aż książę i dwór jego zawitają przejazdem już nie tylko dla zaszczytu, jaki miejscowych ludzi spotykał, lecz i ze względu na korzyści, które stąd płynęły.
        Atoli w pewnym miejscu osiadłym w ziemi łęczyckiej zdarzyło się, że księciu i jego pocztowi naprzeciw wyszła gromada zbrojnych mężów. Mieli miecze obnażone w rękach, a jeden mąż, bardzo rosły, zawołał:
        - Odejdź stąd, książę Bolesławie. Nie przekupisz nas ani nie przeciągniesz na swoją stronę. Znamy cię, że przekupujesz ludzi, aby poniechawszy spokojnego życia i obyczajnej pracy, jaka przystała człowiekowi żyjącemu z ziemi, szli wszędzie za tobą i czynili wszelkie gwałty!
        Na to zapytał go Bolesław.
        - Jak ci na imię?
        - Nic tobie do mnie i do mojego imienia. Omiń nasze sioło z daleka i jedź dalej, bo nie znajdziesz tu ani podwodu, ani zapasów, ani ludzi do wysługi.
        Wówczas książę Bolesław wyjął miecz i jednym, szybkim ruchem przeciął pas skórzany, którym opasane były biodra owego męża tak, że upadł pas na ziemię wraz z pochwą miecza. Rzekł książę:
        - Gdzie schowasz teraz swój nagi miecz?
        Tamten mąż odparł:
        - Zaiste nie mam teraz, gdziebym go wraził, tylko w twoje ciało!
        I ruszył ku księciu, lecz nim zdążył zrobić jeden krok legł martwy z rozpłataną głową. Naonczas rycerze Bolesława rzucili się na tamtych i pomimo, że niektórzy zdjęci trwogą błagali o litość, dokonali rzezi, nikogo nie zostawiając przy życiu. Wówczas wyszły niewiasty, starcy i dzieci z owego sioła z płaczem i lamentem żałosnym, lecz Bolesław rzekł do swego wojska:
        - Rozdzielcie tych wszystkich ludzi, osobno starców i dzieci, osobno niewiasty. Te pobierzcie sobie, kto jaką chce, bowiem nie mają już mężów i są teraz wolne.
        Tak postąpił Bolesław wobec tego buntu, a powiadają, że wielu zdjęła groza, iż tak uczynił we własnym kraju, bowiem są to obyczaje stosowane w czasie najazdu w cudzej ziemi. Ci, co brali w tym udział i im podobni jeszcze bardziej wielbili księcia, ale wielu było takich wśród jego rycerzy, którzy zamilkli na to i zasmucili swoje oblicza i zachowali pamięć o takich zdarzeniach, które pono nie raz się trafiały. Niektórzy obiecali sobie w sercu stawiać opór takim gwałtom przy jakiejś sposobności.
        Potem przybył książę do Lubinia, gdzie kończono budowę klasztoru Benedyktynów fundowanego i uposażonego przez księcia. Wzniesiono okazałe budowle, po części kamienne, częściowo z potężnych belek drewnianych, powiązanych ze sobą w węgłach. Wśród zabudowań wyrastał kościół z ciosów kamiennych, z wyniosłą i potężną wieżą. Widząc te gmachy kamienne i trwałe książę Bolesław rzekł:
        - To są budowle solidne i silne. Nie zawstydzi się ich Polska wobec Niemców, Węgrów i Czechów.
        Rzekł kapelan książęcy:
        - Oto dom Boga i ludzi, i będzie tam mieszkał z nimi, z ludem swoim, a nic złego nie znajdzie tam miejsca, jeno zostanie na zewnątrz.
        Powitali tam zakonnicy swego fundatora i dobrodzieja procesjonalnie, wyszedłszy ze światłami i krzyżem, aby przyjąć księcia Bolesława, jego małżonkę i syna Mieszka, zaś pośrodku owej procesji szedł opat, który z całą pokorą i radością błogosławił księcia i jego rodzinę i cały jego orszak mówiąc:
        - Niech Bóg Wszechmogący sprzyja zawsze Księciu Bolesławowi i błogosławi wszelkim jego zacnym przedsięwzięciom, a darzy go zdrowiem i siłą, chroniąc od wszystkich niebezpieczeństw i zasadzek. Oto dziś przychodzi do nas wielkie szczęście, radość i wyróżnienie, ponieważ przybyłeś do nas, książę panie Bolesławie, własną osobą z tylu znakomitymi mężami i czcigodnymi braćmi. Przeto dzień ten będzie dla nas niby dzień świąteczny, bowiem godzi się okazywać wdzięczność za dobrodziejstwa.
        Tam tedy przyprowadzono ich ku klasztorowi w procesji, wśród modłów i dziękczynień. Wydał opat ucztę na cześć księcia, która chociaż skromna z uwagi na przepisy reguły, przecież pokrzepiła siły i ożywiła umysły biesiadników.
        Wieczorem zaś odprawiono uroczyste nieszpory i wotywy, czcząc licznymi psalmami Boga Wiekuistego i Jego wielkie łaski, a zaś łącząc wspomnienie szczodrobliwości księcia Bolesława. Także na drugi dzień, z samego rana, odprawiona została Msza święta dziękczynna i postanowił opat i ojcowie zakonni po wieczne czasy pamiętać w modlitwach swoich i ofiarach mszalnych osobę księcia Bolesława i jego ród, i zawsze go wspominać. Od świateł rozjaśniał wówczas cały kościół i napełnił się dymem kadzideł, i rozebrzmiał potężnym a harmonijnym śpiewem.
        Potem uczęstowani i zaopatrzeni przez zakonników i służebną ludność na dalszą drogę, a wzajemnie obdarowawszy hojnie klasztor i ojców Benedyktynów sowitymi darami, beneficjami i wotami ze złota i srebra wyruszyli, książę i jego orszak, w dalszą drogę zmierzając do Gniezna i Mogilna.




Gród gnieźnieński i jego osady nie podniosły się jeszcze wówczas ze zniszczeń, jakich doznały od najazdu czeskiego Brzetysława. Bolesław odwiedził wszelakie gniazdo swego rodu, z którego początek wzięło Królestwo Polskie i tu rzekł, że uczyni je na nowo gniazdem. Ukląkłszy bowiem wśród murów kościoła, na których znać było jeszcze spaleniznę po pożarach poprzysiągł, że przywróci mu dawną godność i cześć, aby mu nigdy nie została odjęta. I kazał rycerstwu wydobyć miecze i bić nimi w tarcze dla potwierdzenia tych słów.. Następnie zaś powiedział głosem donośnym do zebranych, wielkich i małych aż do najlichszych wyrobników i oraczy, którzy tam zebrali się spośród ludu:
        - Rycerze i dostojnicy, ludzie duchowni i kmiecie, prości pracownicy winnicy Pańskiej. Oto dziś poprzysięgam Bogu w waszej obecności, biorąc was wszystkich na świadków, że przywrócona zostanie świetność tej bazyliki i tej ziemi, po której stąpał wielki Bolesław. Oto wam obwieszczam, że zetrę z oblicza tej ziemi wszelkie bunty i zamieszki, spiski i zmowy starego obyczaju i zetrę też bogów drewnianych i kamiennych, przez ludzi uczynionych i nie ścierpię ich więcej. A kto by zapomniał o tej mojej przysiędze, w tenże sam sposób zostanie starty i zniweczony, aby się nie ostał na powierzchni ziemi. Zapamiętajcie bowiem, że stało się to przekleństwem tej dzielnicy i z tego powodu tak strasznie ucierpiała, gdy powstał bunt przeciw przyrodzonemu panu i przywrócono cześć bogów drewnianych i kamiennych, przez ludzi uczynionych. Wtedy to najechał ziemię gnieźnieńską książę czeski i zniszczył ją doszczętnie, jak nigdy dotąd nie była zniszczona. A to się stało, abyście pamiętali na ów chrzest ognia, jeślibyście zapomnieli chrzest dany z łaski Boga. Aby się wam nie stało znów takie zniszczenie i abyście nie musieli prosić o łaskę i pomoc Niemców i ich cesarza, i ich książąt, jak się stało, gdy sprzeniewierzono się ojcom moim i krzyżowi, i jak wówczas trzeba było prosić cesarza i jego książąt i grafów, a skoro dzięki nim nastał pokój i odnowienie, tedy Polska nie była już więcej królestwem i upadła, bowiem stała się lennem, jako Czechy są lennem. I zaprzepaszczona została starodawna wolność polska przez to, że Niemcy i ich cesarz i książęta i grafowie uczynili pokój w tym kraju i odnowili jego oblicze. Teraz zaś poprzysięgłem i spełnię, że nigdy więcej nie ścierpię takich rzeczy, takiej zniewagi tego królestwa i dotrzymam złożonego tu przyrzeczenia. Bowiem to chcę spełnić wiernie, że nie będzie tu więcej panowania bogów drewnianych i kamiennych, ale panowanie Boga jedynego i Krzyża Jego, iżby nie spadła znowu kara na to królestwo i nie stało się lennem, lecz było suwerenne. Dlatego nie będę więcej pamiętał na dobrodziejstwa cesarza i jego książąt i grafów dla mego rodu i odwrócę się od nich i z przyczyny suwerennych praw tego królestwa przedsięwezmę potrzebne dzieła, aby mu przywrócić dawną świetność, jaką miało za wielkiego Bolesława!
        To powiedział, a całe rycerstwo i dostojnicy i duchowni i cały lud zebrany wzniósł okrzyk dla pochwały tych słów i długo nie ucichła ich wrzawa.




Był w klasztorze w Mogilnie pewien zakonnik, który zwał się Bogumił. Miał sławę człowieka wielce pobożnego i mądrego, lecz nade wszystko wiedziano, że przybył do klasztoru z pustelni, bowiem uprzednio był pustelnikiem. Rozgłos jego zacności i wielkich cnót chrześcijańskich doszedł do księcia Bolesława tak, że widział w nim według swych zamiarów przyszłego metropolitę gnieźnieńskiego.
        Zraził się był bowiem książę Bolesław niemało do ziemi krakowskiej i zapragnął wznowić i umocnić świetność prastarego dziedzictwa, jakie było w Gnieźnie.
        Przybył tedy książę Bolesław w całej okazałości swego dworu do benedyktynów, do klasztoru w Mogilnie, które jak i inne ufundował był i przybywszy spotkał się z owym przezacnym mnichem i miał z nim rozmowę.
        - Królestwo wielkiego Bolesława dlatego upadło - mówił książę - ponieważ nie było dość mocno zespolone, jak płaszcz klamrą jest spięty, i związane niby siecią diecezjami i opactwami. Królestwo chrześcijańskie winno mieć sieć mocną i nieporwaną. Taką to sieć chcę zarzucić na to królestwo, dane mi w spuściźnie po ojcach. Teraz owa sieć porwana jest, lub jeszcze niedokończona i niepowiązana do reszty. Trzeba naprawić, co zerwane i powiązać całą sieć, aby była cała i mocna.
        Rzekł na to Bogumił:
        - Tak i w Piśmie Świętym jest napisane: zarzućcie sieć, a także, iż odtąd ludzi łowić będziesz, co oznacza nawracanie pogan.
        - I pogan trzeba nawracać - powiedział książę Bolesław - i zło trzeba wyplenić, zaś największe zło to owe porwane miejsca i brakujące węzły sieci. A będzie to jakby sieć mocna owego kulawego Hefajstosa, że kto w nią wpadnie, nie wydostanie się więcej, sieć silna, aby to królestwo już się nigdy nie rozpadło.
        - W istocie, książę panie - rzekł Bogumił - Hefajstos był kulawy, a nadto wiemy, że używał swej sieci do łowienia Afrodyty i jej kochanka.
        - Słusznie rzekłeś - powiedział książę ze śmiechem - kto jest bowiem panem sieci, może jej używać według upodobania. Nam sieć będzie potrzebna, abyśmy w nią złowili Królestwo Polskie, to znaczy cztery największe jego ziemie i ich plemiona. Są to Lechici, Wiślanie, Ślęzanie i Mazowszanie, a ich ziemie to ta oto ziemia gnieźnieńska i poznańska z grodami Poznaniem i Gnieznem, ziemia krakowska, czyli wiślańska zwana też chrobacką z grodem Krakowem, Śląsk z grodem Wrocławiem i Mazowsze z grodem Płockiem. Owe cztery ziemie, czyli dzielnice same przez się dążą do rozbicia całego królestwa na części, bowiem mają swoje rody, a te chcą rządzić u siebie i nie słuchać nikogo, do niedawna zaś miały swoich bogów, każda ziemia i każde plemię swoich bogów. Teraz jest jeden Bóg, mocny dla wszystkich plemion i dzielnic, i wszystkich tych ziem, i jedno też będzie królestwo, i trzeba je związać, a w każdej dzielnicy winien być węzeł wiążącej sieci. Siecią zaś jest kościół, a węzłami diecezje. Tak tedy każda dzielnica winna mieć diecezję i biskupa, a wszystkie owe diecezje należy połączyć razem w węźle największym czyli w metropolii, a owym węzłem i metropolią będzie Gniezno, bowiem tu była metropolia i trzeba ją przywrócić. Wznowimy więc za łaską Pana naszego Chrystusa metropolię gnieźnieńską, a ciebie Bogumile uczynimy arcybiskupem i metropolitą.
        - Stanie się to, jeśli taka jest wola Pana Chrystusa i twoja książę panie Bolesławie - rzekł Bogumił.
        - Chcę, abyś wiedział, że chociaż mam wielu oddanych i wiernych rycerzy i acz wierzę im i ufam, bowiem wszystko, co mają ode mnie jest albo od mojego ojca i ziemie i nadania i włości wszystkie i zaszczyty i godności, jednakże biskupi, kapłani i zakonnicy bez reszty oddani są swojej posłudze. Im zaufać można i całkowicie zawsze na nich polegać.
        - Będziemy się modlić, aby Bóg Wszechmogący i mocny wsparł nas w owej wierności - rzekł Bogumił.
        - Niech tak będzie - odpowiedział Książę Bolesław.




Zaufani pisarze kancelarii sporządzili tedy list, aby został wysłany do Rzymu przez posłów wtajemniczonych w owe sprawy. Bowiem zlecono im pewne oświadczenia, aby je przekazali i sami je opowiedzieli, co do niektórych postanowień księcia Bolesława względem tej opoki, na której wznosi się Kościół Święty, a przyszły wieści, że opoką tą stał się właśnie mąż niezłomny, Hildebrand. Ten obwołany papieżem przez kler i lud rzymski, zasiadł na tronie Piotrowym, przybrawszy imię Grzegorza. Wiadomo zaś było pierwej, zanim został biskupem Rzymu, że nie może ścierpieć, aby namiestnik Chrystusowy poddany był władzy świeckiej i ustępował komukolwiek pierwszeństwa wśród chrześcijańskich ludów.
        Postanowił Bolesław opowiedzieć się wiernie we wszystkich sprawach przy Stolicy świętego Piotra Apostoła.
        Przeznaczono do tej misji dwu rycerzy z rodu Awdańców, obu noszących imię księcia wojsk anielskich, który oparłszy się władzy ciemności wzniósł był, jak głosi Pismo ów okrzyk: "któż jak Bóg?". Jeden z owych Awdańców był to mąż bardzo doświadczony w rzemiośle rycerskim, drugi zaś młodzieniec jeszcze, lecz biegły zarówno w orężu, jak w łacinie, rokujący wielkie nadzieje, a jak dobrze wszystkim wiadomo osiągnął też tę wielkość, której się po nim spodziewano w jego młodych latach.
        Ci, jak cały ich ród, znani byli jako wrogowie Niemców i cesarza niemieckiego, bo zaprawdę ilekroć Polska sprzeciwiała się Niemcom, nigdy nie brakowało Awdańców tak, że w każdym dziele godzącym w potęgę niemiecką można było śmiało polegać na nich i całkowicie im zaufać. Z samego więc wyboru owych dwu Awdańców na posłów wynika, że poselstwo to miało na celu jakąś szkodę niemieckiego Henryka, którego ziemie wypadło posłom przemierzyć w drodze do Rzymu.
        Jakoż w istocie otrzymali posłowie tajemne zlecenia skierowane do papieża Grzegorza przeciw Henrykowi i inne dotyczące zamieszek i buntów, bowiem wiadomo, że i biskupi i duchowieństwo saskie znaleźli się wśród tych, którzy wzniecili powstanie przeciw królowi Henrykowi. A że potęga cesarzy niemieckich i skłonność do przywłaszczenia sobie władzy nieograniczonej wadziła tak Polakom jak niektórym wasalom niemieckim i wreszcie samej Stolicy Apostolskiej, tedy nadszedł czas, aby dopełnić owego naturalnego przymierza i powiązać się wzajemnymi zobowiązaniami. Bowiem rzekł książę Bolesław, a można było usłyszeć o tym z ust najbardziej godnych wiary:
        - Mamy na granicach potężnych wrogów, lecz jak my sąsiadujemy z różnymi ludami i królestwami tak i nasi przeciwnicy mają inne jeszcze granice i innych też wrogów oprócz nas, a gdy z nami walcząc obrócą się ku nam przodem, miewają też nieprzyjaciół za swymi plecami. Dla tego nasze królestwo i ów przeciwnik cesarza, który jest po drugiej stronie onego, musimy porozumieć się z sobą przeciw cesarzowi, a tym przeciwnikiem cesarza jest biskup Rzymu. Nie możemy dłużej bronić się i opierać Niemcom i ich cesarzowi, jak ojcowie czynili, lecz winniśmy sprzysiąc się z jego nieprzyjaciółmi przeciw niemu tak, abyśmy nie walczyli sami przeciw tak wielkiej przewadze. Bowiem ta walka to nie pojedynek rycerski, lecz bój śmiertelny na śmierć i życie.
        Tak mówił książę i chociaż głosił potrzebę podstępu przeciw swoim wrogom, jednak ze względu na to, że znali oni bezwzględność i nierycerskość wojenną Niemców, słowa te dźwięczały w uszach Awdańców milej niż dźwięk złota, odzywały się bowiem niby odgłos stali.
        Ruszyli tedy dwaj ci Awdańcy tajemnie przez ziemie cesarstwa, jego księstwa i lenna wioząc list księcia Bolesława do papieża Grzegorza, a zarazem i te słowa, które zachowali w sercach swoich. Mieli zaś Awdańcy spowinowacone rodziny rycerskie u Niemców i dlatego łatwiej niż komuś innemu przyszło im sprawować to poselstwo.
        A oto list księcia Bolesława do papieża Grzegorza:
        " Bolesław, z łaski Bożej książę Polski, Świętemu Ojcu Grzegorzowi, Namiestnikowi Pana Jezusa Chrystusa, zasiadającemu na stolicy Świętego Piotra, pierwszego z Apostołów śle słowa synowskiej pokory i pełnego czci przywiązania. Postanowiliśmy dla chwały Boga Wszechmogącego i dobra Oblubienicy Pana Jezusa Chrystusa postąpić w szerzeniu wiary świętej i jej umocnieniu w naszym królestwie. Dla sprostania temu dziełu dobrze by było, aby w Gnieźnie można konsekrować biskupów według dawniej posiadanej godności i przywileju tego miejsca. Przeto ochotnie przyjmiemy legatów, którzy by pomogli w uporządkowaniu po naszej myśli i poprawieniu tych spraw naszych".




Przybywszy do miasta Moguncji, stolicy arcybiskupa Wezilo, zatrzymali się w owym mieście ze względu na biskupów saskich, bowiem zebrali się tam na zjeździe, aby spotkać się z arcybiskupem Moguncji. Zatem wysłannicy starali się z nimi zobaczyć i szukali okazji, aby, nie narażając na zbytnie niebezpieczeństwo siebie i owych Sasów, donieść im, co mieli przykazane i przeznaczone dla ich uszu, że mianowicie książę Bolesław użyje wszelkich środków i przyczyni tyle strapienia cesarzowi Henrykowi, ile to będzie możliwe, a tym sposobem pragnie wesprzeć ich sprawę przeciw cesarzowi.
        Trafili tedy do okazałej rezydencji, lecz takimi przejściami, że nie wiedzieli zrazu, gdzie się znajdują. Kazano im czekać w komnacie dość ciemnej, kamiennej, sklepionej, gdzie wnet przybyło dwóch mężów i ci im rzekli jedno tylko słowo:
        - Audun!
        Potem, otrzymawszy przyniesione wiadomości, odrzekli:
        - Najlepszą przysługę wyświadczyłby książę Bolesław wszystkim tym, którzy są przeciwni królowi Henrykowi i największą sprawiłby mu szkodę, gdyby wpierw ukrócił księcia czeskiego Wratysława.
        Awdańcy przyjęli to oświadczenie, a wzajemnie rzekł Michał zwany "starym":
        - Pamiętajcie na smutny koniec tego, co się niedawno stało w Królestwie Polskim, gdy sprzeciw opanował wszystkich, od komesów do oraczy i wówczas upadło całe królestwo.
        Na to rzekli tamci:
        - Cesarz ma być pierwszy wśród równych, nie zaś pan samowładny jak byli cesarze pogańskiego Rzymu. Wybierzemy takiego króla i cesarza, który by uszanował wszystkie nasze prawa.
        - A cóż na to papież? - spytał Michał "stary".
        Otrzymał taką odpowiedź:
        - Papież Grzegorz jest jednym z nas, jest taki jak my. On też dochodzi praw swoich, bowiem i on jest ninie poddanym w tym cesarstwie.
        - Stoicie zatem przy papieżu?
        - Raczej papież stoi przy nas, lecz na razie wiemy o tym tylko my i on aż do czasu. Lecz czas ten jest już bliski, bowiem biskup Rzymu już od dawna nie może znieść tej zniewagi.
        Ostrzegli ich jeszcze, aby jadąc przez Niemcy zachowali ostrożność, bowiem żyje tu wciąż pamięć ich przodków i gniew przeciw nim. Potem rozstali się, oni jednak wzgardzili dobrą radą.




Przemierzając ziemię niemiecką ogarniętą zamieszkami nie uniknęli przeto Awdańcy przygody, która omal nie uczyniła misji daremną, a ich samych nie naraziła na zgubę. Stało się to jakby za karę, że wbrew wyraźnym zaleceniom chcieli czynić nad swoją powinność. Poznano ich bowiem, gdy gościli w mieście Ratyzbonie, że należą do tego domu i tej rodziny, która niegdyś sprzeniewierzyła się Sasom i opuściła ten kraj. Wobec tego odmówiono im wiary, mając ich za odstępców i przestrzeżono przed nimi innych saskich popleczników tak, że znaleźli się w niebezpieczeństwie. Gdy wieść o tych prześladowaniach dotarła do zwolenników cesarza ci zatrzymali ich i traktowali po przyjacielsku wypytując o przyczynę, dla której znaleźli się w kraju niemieckim. Odrzekli im Awdańcy, że powodem jest pewne ślubowanie, a raczej obowiązek pokuty, bowiem obciążyli sumienia zabójstwem krewnego i ze względu na owo znamię kainowe muszą wędrować po różnych krajach, modląc się w kościołach katedralnych i w końcu przybyć do Rzymu dla przebłagania Boga, za wstawiennictwem świętego Piotra Apostoła. Mówili te zmyślenia nie bez wstydu, wszelako znaleźli wiarę, bowiem wydało się to prawdą. Tedy im ofiarowano złoto, aby ich zjednać dla cesarza, ponieważ bardzo potrzebował wówczas zwolenników, a widzieli w nich dobrych rycerzy. Na to odrzekli zgodnie z dewizą Awdańców:
        - Nie po to przodkowie nasi opuścili ziemię mlekiem i miodem płynącą, abyśmy tu wróciwszy obrastali w złoto, bowiem ci, co jako znak mają Habdank wyżej cenią żelazo nad złoto.
        Potem puszczono ich nie czyniąc przeszkód, lecz jacyś szpiedzy towarzyszyli im skrycie aż do Rzymu i napadnięci zostali skrytobójczo w ciasnocie ulic owego miasta. Ci jednak, którzy tego dokonali nie wiedzieli, na jakie wielkie wystawiają się niebezpieczeństwo, bowiem trafili na rycerzy godnych tego miana i wartych owej stali, jaką przy sobie nosili. Dobyli tedy przeciw sztyletom swoich mieczy i zabili owych podstępnych i płatnych wrogów, a nie został żaden przy życiu jako świadek tego pogromu.




Zanim stanęli przed owym znakomitym mężem i Świętym Ojcem, który przerastał swoim zapałem i potęgą umysłu od Boga daną wielkości tego świata, a udzielił im posłuchania w zamku nad rzeką Tybrem, wpierw mieli tamże rozmowę z jednym z dostojników kurii, przełożonym kancelarii. Ten im rzekł i usłyszeli najważniejsze zamiary papieża względem Królestwa Polskiego:
        - Oto przyszedł czas wielki i święty, czas odnowienia, a dla waszego królestwa i dla was, którzyście niedawno przyjęli Słowo i Chrzest jest to czas łaski szczególnej, bowiem odnowienie przychodzi od nowych ludzi. Trzeba, aby odnowiony został stary człowiek, jak mówi święty Paweł i aby przyoblec się w nowego człowieka. Tedy do Polskiego Królestwa skierowane jest to posłannictwo i orędzie, a także do Królestwa Węgierskiego i do Rusi, ponieważ są jakby owa ziemia nowa, głoszona przez świętego Jana. Trzeba zaś, aby kwasem zakwaszone zostało wszystko ciasto. Wasza gorliwość we wierze i wasza wierność stolicy Piotra Apostoła jest nadzieją chrześcijan, aby odnowiony został wszystek Kościół i oczyszczony z brudu i symonii, i ze świeckich nadużyć władzy i z chciwości, aby była jedność chrześcijan, a głową tej jedności aby był papież, ów widomy zastępca Chrystusa na tej ziemi.
        Zapytali go wówczas:
        - Co mamy czynić?
        A on odrzekł:
        - To odpowiedzcie księciu waszemu i głoście wszędzie. Jeden jest Kościół i jedno chrześcijaństwo, a znakiem jedności jest Piotr - Opoka.
        Rzekli:
        - Książę Bolesław ma przymierze z synami Beli w Królestwie Węgierskim, zaś sprzeciwia się Salomonowi, który jest poplecznikiem cesarza. Chcemy wziąć w potrzask księcia czeskiego, aby nie mógł wspierać króla Henryka i tak by pomoc była dana wasalom saskim.
        Wówczas usłyszeli:
        - Dobrze by było, aby książę Polski uczynił Ruś sprzymierzeńcem tej sprawy. Niech tedy będzie w Kijowie królestwo i panowanie prawego pana Izjasława i onego na tamtym tronie umocnienie, bowiem pragnie on pokoju Bożego i jedności chrześcijaństwa. Oby to wykonał książę Bolesław, oby mu się powiodło, a my uczynimy, co nam przystało.
        Posłowie rzekli:
        - Polska jest rozległą prowincją kościelną, a nie ma metropolity, jest królestwem, a nie ma króla. Sprawili to poniżenie nieprzyjaciele naszego kraju i Kościoła świętego, aby i tę wierną sługę Bożą i Oblubienicę Chrystusa zarazem pozbawić należytej chwały.
        - Zostanie to naprawione z łaską Bożą - padła odpowiedź - byleby tylko, zgodnie z prawem, posłuszeństwo było zaprzysiężone przez metropolitę papieżowi i zwierzchność Rzymu. Czyńcie tedy swoje posłannictwo, a stanie się według waszych pragnień i waszej wiary. Przyjdą do was legaci, wyposażeni we wszelkie pełnomocnictwa dla uporządkowania tych spraw i wywyższenia Kościoła świętego w Polsce, a zarazem i Polski samej jako, że zaiste ma ona sławę wielkiego i suwerennego królestwa raczej niż księstwa i czyjegoś lenna, jeno lenna Bożego.
        Gdy stanęli przed obliczem świętego ojca Grzegorza, ujrzeli tam z niemałym zdziwieniem księcia kijowskiego Izjasława, wygnańca z ziemi swojej i księstwa. Szukał był niegdyś książę Izjasław pomocy Bolesława, jako swego powinowatego, lecz uprzykrzyło się księciu polskiemu nieustannie wspierać jego nieudolność, bowiem raz osadzony na tronie, ponownie dał się wypędzić.
        Widząc zmieszanie posłów polskich, ów dostojnik, który uprzednio miał z nimi rozmowę, podszedł pospiesznie ku nim i rzekł szeptem:
        - Święty Ojciec Grzegorz chce, byście wymienili uścisk braterski z księciem Izjasławem na znak, że Królestwo Polskie upomni się o jego krzywdę.
        - To teraz nam to mówisz - odrzekł gniewnie Michał "stary", bez żadnego respektu dla jego godności: - Zastawiłeś na nas sidła, bo wszak rozmawialiśmy wczoraj. Mówiłeś o świętym Pawle i o świętym Janie, czemuś wówczas o tym nic nie wspomniał?
        - Bom jeszcze wtedy nic nie wiedział. - Szepnął ów z zakłopotaniem. - Sam usłyszałem to przed chwilą. Nie było czasu was uprzedzić.
        - To złóż swój urząd i oddaj go takiemu, co o tym wiedział - mruknął ze złością Awdaniec - bo teraz tyle ci powiem, że nie mam po temu żadnych poleceń księcia Bolesława.
        Tamten zniecierpliwił się nieco i wycedził przez zęby:
        - Uważaj, co mówisz pośle, bowiem od tego uścisku zależy królewska korona twego pana.
        Trwało to zamieszanie, ku widocznemu zaniepokojeniu zebranych, dłuższą chwilę i wówczas, usłyszawszy owe ostatnie słowa, młody Michał Awdaniec ruszył szybkim krokiem ku księciu Izjasławowi z szeroko rozpostartymi ramionami.
        Na ten widok uśmiech zajaśniał na twarzy papieża Grzegorza, podniósł rękę i pobłogosławił im.
        Potem Michał "stary" uczynił młodemu wymówkę mówiąc:
        - Cóżeś najlepszego zrobił i jak wytłumaczysz się przed księciem z tego czynu, bowiem podjąłeś samowolnie zobowiązanie, które jego dotyczy?
        Wówczas odparł ów młody znawca spraw miecza i łaciny:
        - Wezmę to na siebie chętnie i dałem w zastaw swą głowę, bowiem chodzi o koronę królewską. Jeśli się omyliłem, zapłacę głową.
        Tak tedy, sprawiwszy swe poselstwo i mając za przestrogę, to co im się przydarzyło w Niemczech, jakby stosując się do słów Pisma świętego, inną drogą powrócili do ziemi swojej.




TYTUŁOWA LAMBERTA PROWANSALCZYKA SUPLEMENT II WSTECZ