Jan Stanisław Burzan

 

EPITAFIUM

albo Lamentacje

nad Rzecząpospolitą

Polską wierszem

trzynastozgłoskowym

napisane

w Krakowie

Roku Pańskiego 1982

 

 

Obraz szoku

wywołanego stanem wojennym.

 

 

 

 

 

 

Jakimi cię słowami opisać jesieni?

Przyszłaś, kiedy jak zwykle las się rozpłomienił

Po dziwnym lecie w chmurach, co jakiż mrok czynią

Nisko wisząc, ogromne nad morzem i Gdynią.

Wreszcie się rozpętała straszliwa wichura.

Wraz z powalonym lasem padł szef politbiura,

Runął złudny dobrobyt i chciwość bezkarna.

Dopełniła się miara już ziarno do ziarna.

 

Jaką sierpniu napisać na twoją cześć odę,

Coś zaczął się nadzieją, a zakończył głodem,

Który zadałeś bestii ranę, choć nie mieczem,

A sam padłeś od miecza i krew z ciebie ciecze.

Jej rana, choć śmiertelna, już jest wyleczona,

Pod niebem czworga zwierząt i starców na tronach.

Czy widzisz owe rzesze i małych i wielkich,

Do straszliwej czeluści stojące kolejki,

Tych co kupić i sprzedać już nie mają prawa,

A na czołach i rękach owa liczba krwawa?

 

Gdzie się podział znak Boży dany przez Anioła?

Gdzie żar ów wyniesiony w naczyniu z kościoła,

Kiedy wstrzymane wichry z czterech krańców świata?

Coraz więcej pobitych zdobi biała szata

I głos coraz silniejszy wzburza końskie grzywy.

Dokądże Panie wieczny, święty i prawdziwy

Nie będziesz mścił krwi naszej rozlanej nieprawie

Jak długo nie wystąpisz z mocą w naszej sprawie?

 

Nim ucichło wołanie, widać blade konie

Niby tłuste robaki, lub umarłych dłonie.

Górą kudły się dymów wgryzają w powieki,

A dołem z pod ich kopyt płyną brudne ścieki,

Jak lepka ropa z rany krwawe i cuchnące.

I wylał czwarty Anioł czaszę swą na słońce

I wylał piąty czaszę na miasto nieprawe,

Co zgwałciło Budapeszt, Pragę i Warszawę

I rozlał szósty Anioł czaszę swą na wschodzie.

Powstań wszelki zgnębiony, zgłupiały narodzie.

Już wysuszona woda i droga gotowa.

Teraz możecie niszczyć, grabić i królować,

Bo przyszły wasze czasy od stworzenia świata

Dla was przygotowane. Zguba i zatrata!

 

Czy ci będzie jesieni polska dana chwała

Taka, jakaby ci się słusznie należała

Nie tu, gdzie przemoc prawem, lecz gdy świat od nowa

Stworzony będzie, czy Bóg i ciebie zachowa

Czyniącą sprawiedliwość Polakom bez zbrodni

I gwałtu? A Polacy nie byli jej godni.

I wnet ruszyła zgraja, której nic nie wstrzyma,

Co rozpoczęła jesień, zakończyła zima.

Nie przeżyło to dziecię i roku półtora

Pożarte przez czerwone paszczęki potwora.

 

Jaki na ziemi prorok przewidział tę zbrodnię,

Który wieszcz lub psalmista wyśpiewał ją godnie?

To w ów dzień i w godzinę ową niewiadomą.

Ruszył brunatny szwadron, na ich hełmach ZOMO,

Jak napis tajemnica, ten co czoło plami

Krwią pijanej niewiasty owej nad wodami

Matki wszelakich zbrodni i przestępstw. To oni

Biją strudzonych ludzi stojących bez broni

Masywnymi pałkami z gumy zbrojnej stalą.

Psy na ludzi puszczają i pałami walą.

A z tyłu poza nimi mur ognia i blachy,

Siarką zionące ptaki, fruwające strachy,

Mroczne, masywne smoki z orłem bez korony,

Którymi lat czterdzieści już kraj jest miażdżony.

 

Co to za głosy syren? Patrz, to sanitarki.

Nim dojadą już nici przecinają Parki.

I ranni umierają na śniegu dobici.

Samochody stanęły i jęk syren przycichł.

Lecz wnet spadają ciosy na gromadę białą,

Walka wre o rannego i o trupa ciało.

Bardziej niż w Armagedon powieje tu grozą.

Tylko zwłoki zabitych porwą i wywiozą.

 

Wieści przyszły do miasta. Czy już padła Huta?

Pijana banda depcze już ciało olbrzyma?

Czy już resztki oporu roznosi na butach?

Przyszły wieści do miasta. Tlenownia się trzyma!

Ta w rękach robotników jak płonąca głownia,

Jak żagiew pełna gniewu trzyma się tlenownia!

 

Wszak ją z rozkazu Moskwy na miejscu Mogiły

Czarnoziem niweczące ramiona wznosiły,

Budowla socjalizmu, leninowska huta.

Dziś twierdza przeciw Moskwie, Ordona reduta,

Ze wszech stron opasana, niewolona siłą.

Czy nie lepiej już tobie Mogiłą być było?

Teraz kto cię ocali ty niewierna żono,

Gdy przyszła twoja kolej i ciebie zdradzono?

Albo czyli zawezwiesz, by przyniósł ci pokój

Patrona, co ci obok dotrzymuje kroku,

A dzisiaj na twój widok pewnie by się zdumiał.

Pod wiekiem przezroczystym martwa jego mumia.

Postawione na straży strachu, głodu, biedy

Tu archanioły jego. Na kolana tedy!

 

Już wyciągają ręce nieskalane pracą.

Będą bić ludzi pracy. Zniszczą i zatracą.

Słowa pełne obietnic i wymyślne księgi

Zmienią w złamane kości i na plecach pręgi.

Więc pęknij serce huty, zanurz się w popiele

Przybytku przewrotności, jako w swoim dziele,

Bo oto pobratali się ofiara z katem.

Jedną wielcy i mali dostają zapłatę.

 

Patrz, jak wszystko wzniesione ściśle, zgodnie z planem.

Jedni plan sporządzają, fares, tekel, mane,

Tyle sadzy, popiołu na głowę ludności

Tyle siarki, fluoru dla płuc i dla kości,

Inni rzucają ziemię na śmietnik wraz z chlebem,

Potem wznoszą kominy najwyższe pod niebem,

A wokół gąszcz baraków, rury i kanały,

Gdzie ciała noworodków łowione bywały.

Tu stal będzie płynęła w slabów krwiste bloki,

A tam się wydobywa takie właśnie zwłoki.

 

O domy naszych marzeń, o radosne miasto!

Byśmy szczęścia zaznali na pięć przed dwunastą,

Mamy hutę i domy, owo miasto z marzeń.

Stańże czasie łakomy. Wstrzymaj się zegarze!

 

Czy to moment zapłaty, czy nadszedł dzień sądu

Tak nagły, że nie zdąży się zmienić poglądów.

Czy to początek końca, a koniec daleki

I poniesiemy podłe rojenia przez wieki?

Czy ziści się w pokucie tej całopalenie?

Odezwij się tlenownio. Wydaj wyrok tlenie!

Wieści przyszły do miasta. Wraz z tłumem aniołów

Na ziemię spadła gwiazda. Na imię jej piołun.

 

Znak oto jest na ziemi wielki jak na niebie,

Najpierw zniszczyłeś ziemię, dziś niszczysz sam siebie,

Bowiem znak ten po latach objawił się ninie.

Śmierć tutaj budowałeś, więc teraz tu giniesz,

Ponieważ nie umiałeś poznać się na znakach.

Z rąk pracy nie wyżyjesz. Wyrocznia jest taka.

Teraz próbujesz bronić w spóźnioną już porę

Tego, co niegdyś zwane godnością, honorem

W tobie jest nieobecne całkiem lub częściowo.

Zapłaczesz, choć powiadasz, że nie jesteś wdową.

Spustoszone królestwo twoje i rozdarte.

Zły duch i ptak tam nocny będzie trzymał wartę,

Bo wszak dla ciebie orzeł lecąc krzyczy. Biada!

Złorzecz i gryź swój język. To wyrok zapada.

 

Wynijdź stąd prosty ludu, byś nie odniósł plagi,

Nie został pohańbiony, odarty i nagi.

Nim się całkiem wypali, jak świeca spalona,

Opuść to miejsce straszne. Wyrok się wykona.

 

Znak zjawił się na niebie i poruszył ziemię.

Bestia, której imiona Rosjanin i Niemiec,

Odziana w krwi purpurę i szkarłat płomieni

Chce ogarnąć niewiastę pożarem czerwieni,

Rodzącej pragnie wydrzeć i pożreć jej dziecię,

Co jest dziwne niebiosom, lecz zwykłe na świecie.

Tamta na niebie czysta, bez skazy i święta

Zabrana i smokowi została odjęta.

Lecz tę, co tu na ziemi całym naszym życiem,

Obu bestiom wydano, porzucono skrycie.

Jej dziecko, gdy się tylko pożegnało z łonem,

Zostało bez ratunku przez bestie zjedzone,

Zaś imię, które nosi potwór ów dwugłowy,

Socjalizm narodowy zwą i naukowy,

Co obiema paszczami gryzł nas na przemiany,

Gdy kraj nasz został niegdyś na łup mu wydany.

 

Ukazał się na ziemi obraz dwu potworów,

Które odmienne kształtem jednego koloru.

Pierwszego znakiem czarna, aryjska swastyka,

Drugiego młot, co z sierpem wzajem się przenika.

Ten głosi dzieł swych  piękno, chociaż wkoło rzeźnia,

Tamto go krwawe monstrum jak echo przedrzeźnia.

 

Patrzcie jaki dziś naród ten analfabetów.

Świat cały szedł do przodu, ale nigdy nie tu.

Aż, gdy nastał socjalizm, kto sprawił to wszystko,

Kto dał krajowi temu i nowe nazwisko,

Jak znamię niezatarte, bo jest naszym celem,

By był po wszystkie czasy zwany PeeReLem.

 

Zobaczcie nasze dzieło na rzecz owej czerni.

Nazwę im Generalnej daliśmy Guberni,

Która niezapomniana ponad czasu biegiem,

A w uproszczonej formie zabrzmi krótko Gie Gie.

I niechaj nikt się nad nas czerwienią nie chwali,

Myśmy też ludzie pracy i u nas socjalizm

Niezmiernie był doniosłym na drodze etapem,

Zaś na straży Gestapo i eNeSDeAPe.

Socjalistyczna wszakże nasza partia pracy

Rządzącą była partią, przyznacie Polacy

I chociaż lat pięć tylko byliście w jej karbach

Przecież was nauczyła, co to znaczy arbeit.

Ktoby zaś się upierał, że to słowo kłamie

Niechże je sobie w Auschwitz przeczyta na bramie.

 

To wroga propaganda, drugi potwór wrzaśnie,

Wszak partią robotniczą my jesteśmy właśnie,

Bo tak się nasza partia zwała od początku.

Patrzcie! Pozbawiliśmy magnatów majątku

I z sojusznikiem pańską Polskę splądrowali

Bratni mając na względzie internacjonalizm,

Czyli, jaki rosyjska ma interes nacja,

Co się w skrócie nazywa, nacjonalizacja.

Zamiast senatu partia robotniczej klasy

I dla młodzieży nowe przyszły teraz czasy,

Bowiem świecką oświatą karmią ją uczelnie

I w hufcach "Służby Polsce" socjalizm niech dzielnie

Z dobrej woli buduje na władzy żądanie.

Masom dzieła Lenina przystępne i tanie,

Bloki wśród pól wyrosłe z Żeromskiego marzeń

I dożynki przed KaCe pierwszym sekretarzem.

Nad starym miastem dymu hutniczego wstęga

I żołnierz, który wierność Moskalom przysięga.

Dawniej postęp w tym kraju zachodził nieskoro

I dzielono tu niegdyś zapałkę na czworo.

Nie wymawiajcie tylko nam teraz, jeżeli

Nie ma, co by się dało na czworo podzielić.

Została wam wszak przyjaźń z sąsiadem z za Buga,

Partia i jej instancje i rządy kańczuga.

 

Jaki przez nas porządek zrobiony in Krakau,

Pierwszy potwór znów swoje pochwały wykrakał.

Baudienstu ochotnicze tu wszakże oddziały

Nieistniejące przedtem bruki brukowały

I choć przed naszym przyjściem zrobiono niewiele,

Jak wspaniale i czysto teraz pod Wawelem,

Nowe linie tramwaju i nowe dzielnice

I na zamku wznieśliśmy nawet kamienicę,

Która dotąd tam stoi jako dzieło Francka,

A nie mieliśmy przecież aż takiego manka,

Mimo, że lat pięć tylko i choć była wojna

I choć to dla nas także była krowa dojna.

Tam gdzie praca i wolność wiodły do zagłady,

Wznieśliśmy przecież w Auschwitz chemiczne zakłady,

Które wszak jeszcze stoją i dalej wam służą.

Nie mówcie, żeśmy dla was nie zrobili dużo.

Szczycimy się Dziewiątą symfonią i Faustem

A z wami się dzielimy chętnie holokaustem.

 

Słowa te pieśń zagłusza. Za kielnie, za młoty

Hej, junacy, dziewczęta, chłopcy. Do roboty!

 

Drugi chór się odzywa. A nasz Hitler złoty

Nauczył nas roboty, nauczył roboty.

 

Na Błoniach in stadt Krakau wielka dzisiaj gala.

Trybuna i sztandary, czerwień błyszczy z dala

I tłum ogromny, hełmy, czapki i mundury

Wielekroć powtórzony hackenkreuz ponury

Znaczy czoła, ramiona, chorągwie przystraja.

Socjalistyczne święto, dzień pierwszego maja

Czci dziś niemiecka partia z pod swastyki znaku.

Przed zalotnikiem córki zadrżyj znowu Kraku.

Wszak zebrała się tutaj cała wyższa rasa,

Która niszczy tu wszystko, że życie wygasa.

Ulice dookoła wojskiem obstawione,

Patrole oddzielają sztandary czerwone

I obcą defiladę, a ludność z daleka,

Ukradkiem obserwuje, jak płynie ta rzeka.

Spojrzenia udręczone lecz drwiące i twarde,

Mimochodem zanoszą tam gniew i pogardę.

 

Niechże się nam ta czerwień w pamięci utrwali,

Niech nam zostanie w oczach do przyjścia Moskali,

Bo nie warto tu wzroku od niej odzwyczajać.

I kiedy już ogarnie nas dzień pierwszy maja,

Kiedy wreszcie w czerwieni znajdziemy się jądrze,

Pocóż się całej uczyć, wszak przypomnieć mądrzej.

Wówczas zgodnie wzgardzona, to główna różnica,

Dziś zewsząd nas otacza, pełna jej ulica

I my wtedy z daleka od barw tychże samych

Teraz we własnych rękach sami je dźwigamy.

I znów stoi trybuna, a na przekór wiośnie,

Czerwień się wszędzie pleni, las czerwieni rośnie.

Zaś na trybunie stoją takież łamignaty,

Na dzień ten opuścili swoje kazamaty,

Zostawili dzień jeden więźniów potłuczonych,

By przyjąć od ich braci hołdy i pokłony.

Oto sunie lawina  spokorniałych Lachów,

Wymachują kwiatami, śmieją się ze strachu.

Tak będą lat czterdzieści ze strachu się śmiali.

Tu już się nie da patrzeć na czerwień z oddali.

 

Czy ktoś się nie zapyta, jakże się to stało.

Skąd ta nagła odmiana, że aż ból i żałość?

Owa Polska tak harda i taka niezłomna,

Kiedy Franck się sprowadził do wawelskich komnat,

Jakże nisko upadła i jakże spodlała.

Gdzie wczoraj hart i męstwo tam dzisiaj zakała,

Bowiem po pięciu latach wśród udręki stale

Nie mieliśmy już siły, by bronić się dalej.

Miast należnej wolności przyszło nam więzienie

I na lat kilkadziesiąt kraj pokryły cienie,

A nam każe się jeszcze wysławiać ich blaski.

Tamten wróg równie straszny, ale był bez maski.

 

Komu się tu udało dożyć owej chwili,

Gdy żołnierze sowieccy Wisłę przekroczyli

I rojenia Lenina gdy osiągnął Stalin,

Ten wie, jak wówczas weszli, tak dotąd zostali.

Nam obawy, im dawne spełniły się plany,

Gdy w taborach wieziony był rząd zaprzedany,

A nad Wisłą cud tylko rozwiał krwawą chmurę.

Teraz cud się nad Wisłą nie zdarzył powtóre.

Ale oto tłum ludzi w cud wierzących święcie.

Polakiem odtąd jesteś sowiecki agencie,

Na nienawiść Polaków możesz być nieczuły.

Kreml i armia czerwona to twoje tytuły.

Ponad tłumem trybuna przyodziana w czerwień,

Ludzie przywykli milczeć i nikt ci nie przerwie,

Nie zakłóci twej mowy nikt, kto się nie zgadza.

Demokracja ludowa, oto nowa władza,

A nawet w tych dwu słowach krętactwo i zdrada.

Demos - lud, kratos - władza wszakże się wykłada.

Ludowe ludu rządy, sprytnie pogmatwane

Oszustwo polityczne przez masło maślane.

Dialektyczny to pokarm zmyślony dla ludu,

Jedyne tutaj masło dostępne bez trudu.

Doktryna gospodarcza Bieruta, Gomułki,

Dobrobyt w pustych słowach, w sklepach puste półki.

Co darmo, cudzym kosztem, głośno i nieszczerze,

Krzykliwie się rozdaje, to cicho odbierze.

Wśród przechwałek głoszone epokowe plany,

Planowo, naukowo kraj zbankrutowany,

Dzień po dniu zwykłych ludzi pasmem utrapienia,

Wśród ciągłej rewolucji w tym nic się nie zmienia.

 

Winna temu sanacja oraz okupacja

I wyjąwszy rosyjską prawie każda nacja

I bieda galicyjska, warszawskie ruiny,

Winna Armia Krajowa i kler nie bez winy.

Wymień wszelakie klęski i za powód rzuć je

Byleby nie radzieckie spłaty, kontrybucje,

Wszelakie obciążenia w gardziel wciąż niesytą.

Tak to jest, gdy się w przyjaźń zadawać z bandytą.

Zawsześ dłużny, choć kasy po świadczeniach puste.

Taki to bywa sojusz z kłamcą i oszustem.

Ciągle tu brak towarów, a najniższa płaca,

Tylko zdrajca polityk w Moskwie się wzbogaca,

Transporty stąd wędrują po najgorszej cenie,

Czego nie pożre handel, pochłonie zbrojenie,

Pożyczki kradnie produkt na ćwierćwieczne spłaty,

Rabunek idzie zaraz, a nędza na raty.

 

Czterdzieści lat to trwało wymuszonych siłą,

Wojną się rozpoczęło, wojną zakończyło.

Od samego początku łotrostwo i zdrada,

Wszystkie cztery dekady, nie jedna dekada.

Wszystkie cztery dekady szubrastwa i zdrady

Nie tylko ta ostatnia, lecz wszystkie dekady.

Czterdziestolecie knowań, podstępów i gwałtu.

Samo władzy łajdactwo, jeden rządów kał tu

Plugawiący nasz naród i ojczyzny łono.

Od samego początku tak postanowiono.

Taki był plan ten niecny już od pierwszej chwili,

Gdy się związku patrioci na Kremlu stawili.

Był już postanowiony ten haniebny zamach,

Zanim krok ich zadudnił w carskiej twierdzy bramach,

Zamysł podjęto wcześniej lat przeszło dwadzieścia,

Gdy Moskwa nawiedziła warszawskie przedmieścia,

A teraz wszak dziejowa okazja się zdarza.

Znaleziono szubrawców o bezwstydnych twarzach.

 

Już ci dotrzymać słowa nie ma nikt zamiaru

Sikorski, a dla ciebie wody Gibraltaru,

Byś dołączył, ujmując rzecz innymi słowy

Do tamtych oficerów z dziurą w tyle głowy.

Wszakże to dawno temu, gdy patrzyłeś z Kremla,

Jak rwana pociskami maskowskaja ziemla,

Reszta zaś floty polskiej broni dróg Murmańska.

Nie potrzebna już dzisiaj twoja Polska pańska,

Ruszajcie precz odstępstwa niesławą okryci.

Skoro front się odsunął i huk armat przycichł,

Zapomnieć czas, gdy daje aliant taką szansę,

Na pakty i klauzule i dawne alianse,

Bo papier jest cierpliwy, a życie się zmienia,

By zadowolić ciągle żywione roszczenia.

Koncesję kilku podlców wyda jak drug drugu

Na Polskę sojuszniczą, sąsiadkę z za Bugu,

Załatwioną z Curzonem, Churchilem, Hitlerem

W rozmowach, pożyteczne co były i szczere.

Braterskim się uściskiem tak Polskę omota,

Że zapomni istnienia bez sierpa i młota.

Nowa już koalicja wymusi ugodę,

Złączy dwa wrogie rządy jak ogień i wodę,

Wolę ludu pokryją fałszerskich urn wieka,

Partnerów bezimiennie pochowa bezpieka.

 

Popatrz, co z Konstytucji stało się rocznicą,

Którą się wszak Polacy jak świętością szczycą

Dopełniając spuścizny skrytej w jej zakonie.

Stanął z księciem Józefem Kościuszko w obronie.

Gdy prawosławna Niemka na tronie carycy,

Śle korpusy piechoty, armat i konnicy,

Wewnętrzna wolność Polski tak ją bowiem przejmie,

Żeś dla niej wręcz przestępstwem Czteroletni Sejmie.

Dziś tam podobno ludu rosyjskiego władza,

Lecz jej samo wspomnienie tej chwili przeszkadza

I nawet pochód ludzi bez groźby i broni

Pragnących uczcić święto należy rozgonić.

Trzy ledwo wstecz miesiące Niemiec nas tu nękał,

Teraz ruski samochód, z pistoletem ręka

Wbija się w tłum bezbronny, najwięcej młodzieży,

W przecznicy wóz pancerny działem się najeży,

Zaś konny oddział rusza z przeciwnej ulicy.

Kto znajdzie się na drodze bity bez różnicy.

Już przerażeni ludzie po podwórkach, bramach

Rozproszeni, udręka została tu sama,

Bo ci, co ich do więzień i aresztów wzięto,

Tak na koniec uczcili narodowe święto.

 

Mamy jeszcze w pamięci grozę tamtej chwili.

Kiedy pod ciężkim krzyżem Kościół się pochylił,

Bo i tu prowokacje roznieciły biesy,

Fałszywe oskarżenia, śledztwa i procesy.

Haniebny sąd na Kurii Krakowskiej kapłanów,

Którzy nawet w tym wierni pozostali Panu,

Że podjęli bez słowa kłamstw przewrotnych ciężar

Wymyślonych przez sługi prastarego węża.

To przecież owa kuria księcia Kardynała,

Która tutaj w dni klęski opoką się stała,

Kiedy po Polsce znowu zniknął ślad na mapie.

Tu się kształcił w ukryciu przyszły polski Papież

I ów wyniosły urząd dalej Polsce służy.

Lecz znaleźli się zdrajcy z narodu niektórzy,

By zadali mu chłostę prasową opinią.

Przebacz im Boże bowiem nie wiedzą, co czynią.

Znaliśmy owych księży. Ci wspaniali ludzie

Utopieni zostali przez gazety w brudzie,

Na niegodziwych zdjęciach ręce i dolary

I zapadły wyroki, wymierzono kary

I długo jeszcze potem dawni katecheci

Nie byli widywani przez swe szkolne dzieci.

 

Wówczas władza ludowa na tyle okrzepła,

Jak kropla wody w zimie, kiedy braknie ciepła,

Zapragnęła osiągnąć zemsty wyższe stopnie.

Naonczas średnie szkoły zniszczyła pochopnie,

A było to łajdactwa arcydziełem zgoła

Mieć razem poniżenie szkoły i Kościoła

I tak się wtedy stało. Wnet śledztwo się szerzy,

Jak za Nowosilcowa, wśród szkolnej młodzieży,

Już kilku młodych chłopców w jakiejś strzelaninie

Bezlitośnie zaszczutych gdzieś w zaułku ginie,

Poczem w prześladowaniu wspólny los podzieli

Śledzony uczeń obok swych nauczycieli.

To moskiewskiej algebry działania ponure,

Dyktando zastąpiono tu przez dyktaturę.

Skończony czas twej pracy i twojej posługi

Szkoło Świętego Jacka. Dasz swój numer drugi,

Dokonująca biegu w żałobnej sztafecie

Gimnazjum Sobieskiego, które było trzecie.

W ten sposób w Polsce nawet i liczby niektóre

Niosą ślady zamachu na kult i kulturę,

Barbarzyńskiego tego po wszystkim deptania,

Co człowiek tu szanuje, przed czym głowę skłania.

Oto profanujemy ci twoje świętości

I tego argumentu ma być ludu dość ci.

I to twoje jedyne zyski i korzyści,

Gdy ci się twe przybytki z świętości oczyści,

Byś mógł, jak głoszą nasi myśliciele tędzy

Mieć materię za bóstwo w materialnej nędzy.

 

Czy zna ktoś jeszcze przykład innego ustroju,

Gdzieby się trzeba było aż tak nurzać w gnoju,

Kiedy władza przypadła sprzedajnej hołocie.

Rząd to i państwo całe unurzane w błocie.

Gwałt nawet nie skrywany, jak w biały dzień widny,

Partii na rządy w Polsce monopol bezwstydny,

Wsparty armii czerwonej złowieszczą pogróżką,

Zaś patronami tego Mickiewicz, Kościuszko.

Za życia od Moskali udręczeni oba,

Dziś symbol lojalności, systemu ozdoba.

Co byli znakiem walki z Moskwą dwa już wieki,

Porównani z Dzierżyńskim, zbirami bezpieki.

Krew z odchodami w świńskie zmieszana pomyje,

Że już nie wiesz, krew czyja i odchody czyje.

Pół wieku bluźnią prawdzie kłamcy i zbrodniarze,

Przestępstwa czas pochłonie i cenzor wymaże.

 

To nagroda Ojczyzno, żeś od pierwszej chwili

Toczyła bój samotnie, a inni patrzyli.

Już tu wielu zaznało wiecznego pokoju,

Zanim zachód, wschód potem wzięły się do boju

I armię tu niemiecką mocno utrudzono,

Nim lekko, jak nóż masło przeszła Francji łono.

A potem utonęli w wojennej pożodze

Przez okrutnych zbrodniarzy oszukani srodze

Ci, co im pomagali skutecznie choć z cicha.

Teraz przyszła ich kolej pić z tego kielicha.

Którzy wspomogli Niemców przez tajną umowę,

Że będą neutralni za Polski połowę

I zdobycz mają w ręce i oliwną gałąź

Pewnie przez to, że wzięli pół Polski, nie całą.

Rozdartaś znów sąsiadów sprzymierzoną siłą.

Co piąty Polak zginął, lecz wojny nie było.

Część bez wydania wojny zajęto twych włości,

Reszta łupem pokoju i neutralności,

W końcu pastwą przyjaźni. Źleś się Polsko strzegła

I wojując z wrogami od przyjaciół legła,

A zwycięstwo uczciłaś stratą jak po klęsce.

Tak dziwnie policzono cię między zwycięsce,

Bo dla tych, których znało każde bitwy pole

Nie znalazło się miejsce przy aliantów stole.

Co pierwsi przeciw zbrodni za oręż porwali,

Krzesła w konferencyjnej nie zajęli sali.

Tych, co walkę z faszyzmem wzięli na się sami

Sojusznicy zrównali z kolaborantami.

I chociaż z naszej walki do dziś świat korzysta,

Bo dzisiaj każdy przecież jest antyfaszysta,

Zamiast otrzymać chwałę i wieniec splendoru,

Którzy pierwsi trud wzięli i ciężar oporu,

Dostaliśmy w nagrodę rozbiór Polski nowy,

Świat cieszy się wolnością, a dla nas okowy,

A do tego oszczerstwa, kpiny i kalumnie,

Żeśmy może za cicho marli, nazbyt dumnie.

 

Anioł zbrojny pieczęcią obszedł całe pole

I poznaczył skazanych tłum liczny na czole

Tych, co wybrani z ludu są i pokolenia,

Których odwieczny wyrok nigdy się nie zmienia.

Przeszło pięćset tysięcy opieczętowanych,

Co zrodzeni nad brzegiem Rodanu, Sekwany.

Cztery setki tysięcy opieczętowano,

A ich ojczyzną Roma, Napoli, Milano.

Ponad trzysta tysięcy opieczętowanych

Płakały Ameryki Zjednoczone Stany

I tejże liczby prawie opieczętowani,

Z którymi zgon dzieliła potęga Brytanii.

Na wieczny odpoczynek oddanych Bałkanom

Milion sześćset tysięcy opieczętowano.

Sześć milionów dwadzieścia i osiem tysięcy

Z nad Wisły, a ich pieczęć Rosjanie i Niemcy.

Owych dziesięć milionów tysięcy siedemset

Pieczętowanych, win ich niżeli strat więcej,

A tamtych na obszarze od Łaby do Donu

Pieczętowano liczbę dwadzieścia milionów.

Któż policzy do dzisiaj nie mającą końca

Pieczęć na ciałach w kraju wschodzącego słońca,

Albo, których szkielety pieców żar spopiela

Pieczętowanych z pośród domu Izraela?

 

Kreml przechwala się teraz liczbą ofiar wojny,

Choć sam w posiewie śmierci był nad miarę hojny.

Zapragnęli pierwszeństwo mieć w męczeńskiej sławie,

Co zagładę nam nieśli równi Niemcom prawie.

Nam właśnie narzucili tyranię żałoby

I za wartę tu mieli swych żołnierzy groby,

By Polskę ich wspomnieniem dręczyć przez stulecie,

Której żołnierskie groby są po całym świecie,

A od żadnego żywi synowie tej matki

Nie żądają, by były płacone podatki,

By na ich rzecz tracono prawa suwerenne,

Jak to względem nas czyni imperium ościenne.

Za darmo poginęli, nawet bez zasługi.

Jeszcze ojczyźnie w spadku zostawili długi,

Bo musieli zapłacić, aby mogli ginąć,

Za Londyn, Narwik, Tobruk i Monte Casino.

 

Ci, co wzięci bez wojny w sowiecką niewolę,

Zakopani warstwami w jednym wspólnym dole,

Raz przez Rosjan zabici po czasie niedługim

Musieli z rąk niemieckich zginąć po raz drugi.

Jak o życie Homera miasta wiodły spory,

Tak o ich śmierć spór wiodą sprawcy do tej pory,

Bowiem nie czas ofiarom odpoczywać w Panu,

Gdy coś grozi oprawcom i ich racji stanu,

A w nagrodę morderstwa zamiast jednej kary,

Dwa poźytki zabójcy mogą mieć z ofiary.

 

Ciężkie moskiewskie zbrodnie nigdy nie sądzone.

Nie próżno ma Temida na oczach zasłonę,

Bo zanim w Norymberdze skreślono je z listy

Zjawił się okropności zaledwie cień mglisty.

Ale oto moskiewski woła prokurator.

Przecież myśmy się tutaj nie zebrali na to,

By sądzona aliantów była polityka.

Jakim tu prawem widmo zjawiłoś się. Znikaj!

Sprawiedliwości ramię nie bądź nazbyt długie.

Precz zjawy komunistów wydanych nad Bugiem,

Pokryj historio kurzem podłość i obłudę,

Gdy działało Gestapo wspólnie z eNKaWuDe.

Piętnuj zbrodnie wojenne i rozdzieraj szaty,

Licz sądzie ludzkie zwłoki, lecz omijaj Katyń.

Sądź sądzie tak, byś czasem gaffy tu nie palnął,

Że współudziałem w zbrodni zda się neutralność,

By czasem nie wylazło z pod papierów pliku,

Jakich mieli sądzeni w sędziach sojuszników.

Bo jeszcze by przy wszystkim brakowało tego,

Żeby się tu zjawiło widmo Sikorskiego

W sojuszniczym mundurze pełnym słonej wody

Już połowiczny wyrok sprawi nam mniej szkody,

Gdyśmy wspomogli Rosji jej plany nieszczere.

Lepiej teraz zamilczeć niż robić aferę.

 

Niechże wasze, sędziowie, sumienie się lęka,

Bo wsparliście kolegów o skrwawionych rękach,

Byliście na niektóre winy niemi, głusi,

Jak niemym, głuchym sędzia sprzedajny być musi,

Gdy sądzi różną miarą takie same zbrodnie.

Zły to czas, skoro trzeba czynić tak niegodnie,

W takim sądzie zasiadać okropna to chwila.

Kto tak czyni, dla siebie amnestię uchyla.

A ty sowiecka Rosjo żałuj swej odwagi,

Bo zostanie ci tylko twój występek nagi,

Wybrałaś gwałt i przemoc, kłamstwa drogi kręte.

Ostatniego już konia rozlega się tętent,

Oto idzie zapłata za rozliczne zdrady

Wielka Rosja radziecka, ty matko złej rady.

 

 

A tobie cóż ojczyzno mogą rzec twe dzieci?

Choć ten gmach, gdy upada, nam na głowy leci,

Jak gruzy owej sali, co grzebie zburzona

Filistyńską biesiadę wraz z ciałem Samsona,

Niechże już raczej runie i istnieć nie będzie,

Niżby w bezbożnych rękach był jako narzędzie.

Bo już czas się przybliżył, a nie poznajemy

I oto głos zabiera nawet kosmos niemy

I mówić zaczynają głazy i kamienie

Tej drogi kamienistej zaczętej w Edenie

I rozgłaszają wieści zwierzęta i drzewa,

Lody prawią przestrogi, śnieg proroctwa śpiewa.

I wnet uderza wody przeraźliwa siła,

Jak gdyby się szaleństwem ludzi zaraziła.

Spójrz, już domy zalane, rozerwane wały,

Bezdomne dzieci, które nocy nie przespały,

Kiedy pod prąd z łoskotem płyną kry olbrzymie.

A uciekanie owo nastąpiło w zimie

I przedwcześnie tu zaczął się dzień straszny Pana.

Ziemia lodem rozbita i wodą spłukana,

Ludzi, piekła, natury nad tym krajobrazem

Wszystkie moce zniszczenia zeszły się zarazem.

 

 

Tak i na ciebie Polsko w środku Europy

Nastąpiły nieszczęścia, lody i potopy,

Aż zupełnieś upadła, by, skoro zawoła,

Powstać na ostatniego wołanie Anioła.

Badają cię uczeni, ale nie ma ktoby

Dostrzegł tu rację stanu tylko same groby

I by twą głowę dojrzał przez korony ciernie,

Którym danej przysięgi dochowałaś wiernie.

Teraz nam pozostała nadzieja jedynie,

Gdy wszystko będzie ginąć, że może nie zginiesz,

Jak i dziś, choć wrogowie złowieszcze swe dzieła

Przeciw tobie podnoszą, jeszcześ nie zginęła.



TYTUŁOWA

WSTECZ